Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bez gronostajów - Leszek Pacholski o nauce, nauczaniu i biznesie Bez gronostajów - Leszek Pacholski o nauce, nauczaniu i biznesie Bez gronostajów - Leszek Pacholski o nauce, nauczaniu i biznesie

2.04.2013
wtorek

Żart Barroso – czyli, jak to się robi w Europie

2 kwietnia 2013, wtorek,

Mało kto dziś pamieta, że przed końcem dwudziestego wieku Unia Europejska przyjęła tak zwaną Strategię Lizbońską, dzięki której Europa w 2010 roku miała wyprzedzić Stany Zjednoczone w badaniach naukowych i w technologii. Przez dobre kilka lat politycy i media snuły wizje upadającej gospodarki amerykańskiej i napawały się przyszłym triumfem nowoczesnego europejskiego przemysłu. Oprócz wizji było jednak niewiele. Można podejrzewać, że wszystko było żartem dobrze opłacanych i znudzonych urzędników Rady Europejskiej, na który opinia publiczna dała się nabrać. Jego autorzy zapewne chichotali w kuluarach słysząc szefów rządów mówiących z powagą o nadchodzących przewagach innowacyjnej Europy. Oczywiście, nikt dobrze zorientowany w tym, co się w sprawie Strategii robi, nie wierzył w jej sukces. Wątpliwości mieli chyba nawet niektórzy mniej obyci szefowie państw nowej unii, nikt jednak nie miał odwagi się do tego przyznać, by nie narazić się na opinię konserwatywnego kołtuna.

Gdy już dla wszystkich stało się jasne, że opowiadanie o Strategii Lizbońskiej nikogo nawet nie jest w stanie rozśmieszyć, pojawił się kolejny żart – EIT, wymyślony przez samego szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso. Tym razem media, po wcześniejszych doświadczeniach, z dużą powściągliwością odniosły się do pomysłu, a lokalni politycy, jeśli nie musieli, raczej unikali zachwytów nad nowymi szatami króla. Pojawiło się nawet kilka sceptycznych wypowiedzi administratorów nauki, ale były one nieliczne, bo nikt odpowiedzialny za los kierowanej przez siebie instytucji nie chciał narazić się dysponentom miliardów Euro. Chyba tylko Uniwersytet Oxfordzki odważnie skrytykował pomysł komisarza, uznając zapewne, że poradzi sobie bez wsparcia z Brukseli.

EIT – Europejski Instytut Technologiczny został wymyślony przez polityka i jest realizowany pod dyktando polityków. Nikt nie wierzy w sens ekonomiczny tego przedsięwzięcia, bo – chociaż nikt tego głośni nie powie – nikomu na nim nie zależy. Inspiracją był amerykański MIT – Massachusets Institute of Technology, jeden z symboli amerykańskiej przewagi w nauce i technologii. Jednak realizacja EIT zupełnie MIT nie przypomina. MIT – to stosunkowo nieduży uniwersytet badawczy. EIT jest organizacją rozproszoną, konsorcjum, w którym mają uczestniczyć wielkie korporacje i małe firmy oraz uczelnie i instytuty badawcze. Oczywiście muszą pochodzić z wielu krajów Unii, co budzi podejrzania, że celem EIT jest zrównoważona, politycznie poprawna integracja różnych europejskich instytucji, a nie rozwój badań i innowacje.

Zarząd EIT ma siedzibę w Budapeszcie. Nie dlatego, że z Węgier pochodzi wielu wbitnych twórców, lecz dlatego, że był to jeden z ostatnich krajów, w którym dotychczas nie było siedziby żadnej centralnej agendy Unii Europejskiej. Intelektualnymi i gospodarczymi ramionami EIT mają być Społeczności Wiedzy i Innowacji (KIC – Knowledge and Innovation Communities). Powstały już trzy, a wkrótce powstaną następne.

Jedną z pierwszych takich społeczności jest ICT LABS – KIC informatyczny. Podobnie jak wszystkie inne, ma ona przyśpieszyć innowację przez gromadzenie razem ludzi z różnych krajów, dziedzin i organizacji poprzez programy mobilnościowe i budowę centrów kolokacji (pomieszczeń, w których można się spotykać). Ma wyposażyć studentów, badaczy, akademików i biznesmenów w umiejętności korzystania z kreatywności, podejmowania ryzyka i przedsiębiorczości. Pięknie, tylko dotychczas podobne rzeczy robiły różne instytucje, konkurujące ze sobą. Teraz, zamiast konkurencji będzie zbiurokratyzowana współpraca. Poza tym lepiej, gdy cel jest bardziej mierzalny, tak aby po kilku latach można było sprawdzić, czy plany udało się zrealizować. Trudno bowiem będzie za dwadzieścia lat jednoznacznie stwierdzić, czy biznesmeni zostali wyposażeni w umiejętność podejmowania ryzyka.

Kilka lat temu rozmawiałem z kolegą, członkiem zarządu dużej instytucji, odpowiedzialnym w niej za stworzenie konsorcjum, które później wygrało konkurs na KIC. Spytałem go, czego jego instytucja oczekuje od EIT, jakich korzyści się spodziewa. Szczerość jego odpowiedzi mnie zaskoczyła, ale sama odpowiedź nie. Powiedział, że niczego specjalnego się nie spodziewają, ale „w tym trzeba być”. Od tego, czy się tam znajdą, zależeć bowiem będzie przychylność polityków i urzędników rozdzielających dotacje. Gdy trzy lata później spytałem go o efekty, dowiedziałem się, że 80% funduszy przeznaczanych jest na administrację i reklamę, a tylko 20% na badania, kształcenie i innowacje. Dla firmy pojawiły się jednak także pozytywne rezultaty. Rząd RFN obiecał niemieckim członkom KIC dofinansowanie, firma spodziewa się więc, że zrobią tak także rządy innych krajów, których instytucje wchodzą w skład konsorcjum. Odniesiono też jeden wymierny sukces, o którym słyszałem wielokrotnie, oficjalnie i w kuluarach, na kilku spotkaniach w kilku europejskich miastach. Udało się przeznaczyć jedno piętro w budynku Politechniki Berlińskiej na centrum kolokacji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. „Mało kto dziś pamieta, że przed końcem dwudziestego wieku Unia Europejska przyjęła tak zwaną Strategię Lizbońską” – pamiętamy, pamiętamy! 🙂

  2. A co Pan sądzi o wrocławskim EIT+?

  3. Wiedziałem, że takie pytanie padnie. EIT+ jest w Europie. Do tego w Europie Środkowej.
    Chciałbym, żeby projekt odniósł sukces, ale szanse na to są niewielkie.

  4. Niedawno powołano Radę Naukową EIT+. Plus dodatni: jest jeden przedstawiciel biznesu, i to biznesu wrocławskiego (Selena), który odniósł sukces. Plus ujemny to fakt, że w tym gremium jest tylko jeden przedstawiciel przemysłu. Jednak decydujące może okazać się to, że w żadnych ciałach decyzyjnych wrocławskich uczelni nie ma żadnego przedstawiciela biznesu. Więc EIT+ chyba nie ma co liczyć na współpracę w zakresie swoich głównych zainteresowań – komercjalizacji badań naukowych. Uczelnie są bowiem nastawione na wyścig po pieniądze państwowe, a te idą za parametryzację, a ta uwzględnia przede wszystkim publikowanie, czyli podtrzymywanie „czuwania technologicznego”. Jak się w państwowych uczelniach i instytutach badawczych przez kilka pokoleń „czuwało” technologicznie, to potem nikt już nie pamięta, po co to czuwanie i czuwa się dla samego czuwania. I tak też kształci się młodzież.

    Jedyna nadziej, że EIT+ zrobi jednak jakiś wyłom w mentalności.

  5. W tego typu instytucjach kluczowy jest zarząd. Rada Naukowa może pełnić rolę ciała doradczego. Może ocenić kompetencje zatrudnianych uczonych i programów badawczych. Kluczowe jest natomiast zdobywanie pieniędzy na funkcjonowanie takiej instytucji. Biorąc pod uwagę ambicje i wielkość, pieniądze na badania nie mogą pochodzić z NCN-u (bo NCN jest zbyt biedny). Pieniądze może więc dać biznes lub politycy. Dla biznesu ważny jest potencjalny zysk. Rada Naukowa tego nie zapewni. Dla polityków taka Rada może mieć znaczenie. Po pierwsze znane nazwiska gwarantują dobry PR, poza tym w przypadku klapy, można się schować za plecami ekspertów.