Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

3.07.2013
środa

Podyskutujemy?

3 lipca 2013, środa,

 

W Polityce z 12 czerwca ukazała się rozmowa Edwina Bendyka z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, profesorem Marcinem Pałysem. Wywiad potwierdza, że nowy rektor pozytywnie odróżnia się od wielu swoich kolegów i poprzedników, ale rewolucji na Uniwersytecie Warszawskim raczej nie przeprowadzi. Trudno się dziwić. Rektor tak naprawdę jest bowiem przewodniczącym związku zawodowego profesorów i musi ich interesy reprezentować. Musi pamiętać, że nie został na swoją funkcję wybrany głosami najlepszych uczonych, lecz głosami większości, która – nawet na doskonałym Uniwersytecie Warszawskim – jest raczej przeciętna. A przeciętny profesor jest niezadowolony ze swojej pensji, z nieobiektywnych zasad przyznawania grantów, z tępoty studentów oraz z ministerstwa, ale jest zadowolony z siebie i ze swojej katedry lub swojego zakładu. I nie widzi potrzeby żadnych zmian.

 

Wywiad pozostawia uczucie niedosytu. Dotyka zaledwie kilku ważnych tematów, nie stawiając jednak kropki nad „i”, a wiele spraw bardzo ważnych całkowicie pomija. Szkoda, bo rektor największej i najlepszej polskiej uczelni ma duży autorytet i może wpływać nie tylko na kondycję swojej uczelni, ale także na kształt szkolnictwa wyższego w Polsce.

 

Jednym z ważniejszych wątków w wywiadzie jest masowe kształcenie, w tym studia zaoczne. Rektor Pałys mówi, że „im ich (studentów) więcej, tym więcej można zatrudnić wykładowców i naukowców. W efekcie więcej osób może prowadzić badania naukowe.” To jest myślenie bardzo niebezpieczne. Bardzo często prowadzi do uruchamiania błędnego koła: przyjmujemy więcej studentów, więc powiększamy kadrę – obniżając jej poziom, a potem przyjmujemy na studia jeszcze słabszych studentów, żeby zdobyć na tę kadrę pieniądze. Zamiast zatrudnić jednego lub dwóch najwybitniejszych absolwentów studiów doktoranckich, zatrudniamy dwa lub trzy trzy razy więcej – bo przecież promotorzy naciskają, a poza tym szkoda utalentowanych kandydatów. A przecież ci trochę mniej wybitni mogliby podjąć pracę w Toruniu lub w Kielcach podnosząc tam poziom naukowy, lub aplikować o bardzo łatwo dziś dostępne stypendia podoktorskie w dobrych uniwersytetach europejskich. Teraz też mogą. Ale nie muszą, więc wybierają rozwiązana łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale niekoniecznie lepsze. W rezultacie typowy pracownik polskiego uniwersytetu to wychowanek wydziału na którym pracuje, często z niewielkim doświadczeniem w pracy za granicą. Od kilku lat opiniuję wnioski o stypendia podoktorskie w programie międzynarodowej organizacji ERCIM. Znakomita większość kandydatów zanim znajdzie stałą pracę przez wiele lat tuła się po świecie zdobywając wiedzę i doświadczenie. Robią to nie dlatego, że mają taką fantazję, lecz ponieważ uniwersytet, który kończą nie oferuje im pracy. Rektor narzeka, że „konkursy (na stanowiska nauczycieli akademickich) nie są w istocie atrakcyjne nawet na wewnętrznym rynku krajowym”. A kto ma do tych konkursów przystąpić, gdy każda każda uczelnia, tak jak Uniwersytet Warszawski, potrafi i chce zatrzymać swoich wychowanków.

 

Jest i druga strona tego medalu – studenci. Szanujące się uniwersytety amerykańskie przez długie okresy utrzymują taką samą liczbę studentów. Jeśli infrastruktura została zbudowana tak, aby kształcić dziesięć tysięcy studentów, przyjęcie większej liczby oznacza, często drastyczne, pogorszenie warunków studiowania. Ponadto, dla pracodawcy dyplom renomowanej uczelni to gwarancja jakości absolwenta. A trudno, nawet w MIT, dobrze wykształcić kogoś, kto nie ma ani talentu ani motywacji do pracy, i nie da się budować reputacji przyjmując na studia, obok laureatów olimpiad, młodzież, która z trudem zdała maturę.

 

W wywiadzie wspomina się polemikę pomiędzy rektorem Pałysem a minister Kudrycką, dotyczącą metod oceny uczelni i braku programów strategicznych na uczelniach. Rektor broniąc się przed zarzutem, że uczelnie nie „posługują się strategiami” mówi, że „resort odpowiedzialny za politykę państwa w obszarze szkolnictwa wyższego” nie przygotował strategii. Zapomina jednak o proteście rektorów przeciwko opracowaniu takiej strategii przez zespół od niezależny od Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Poza tym, w polskim środowisku akademickim a także w ministerstwie brakuje głębszej wiedzy na temat kierowania uczelniami i całym systemem akademickim. Nie mam na myśli zarządzania na poziomie operacyjnym, lecz coś, co po angielsku nazywa się governance. Dlatego przygotowanie dobrej strategii przez wiodący uniwersytet mogłoby znacznie tę wiedzę wzbogacić.

 

Rektor Pałys porusza też problem braku poważnej debaty na temat szkolnictwa wyższego, narzeka, że „do dziś takiej debaty o miejscu i roli uniwersytetu nie odbyliśmy”. Wiele osób i instytucji odpowiada za ten stan. Media, które chętnie publikują emocjonalne artykuły, najchętniej te, które pokazują bulwersujące przykłady patologii, ale kończą dyskusję, gdy pojawią się teksty merytoryczne, a więc nudne. Politycy i rektorzy, którzy boją się napisać to, co zraziłoby do nich ich elektorat. Akademicka obrzędowość, która przekształca dyskusje panelowe i konferencje w uroczyste, pełne kurtuazji akademie, na których występują nie mający nic do powiedzenia, albo powtarzający w kółko to samo celebryci.

 

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie z wywiadu. Rektor Pałys mówi, że „nie istnieje bezwzględna miara jakości uniwersytetu – najpierw trzeba zdefiniować rolę: czy ma prowadzić studia masowe i tym samym przeciętne, czy przeciwnie, ma formować ambitną intelektualną elitę kraju”. Uwaga ta jest bardzo ważna. Oczywiście, ta „rola” nie powinna być tak samo zdefiniowana dla wszystkich uczelni. Niestety, obecnie stosowane kryteria oceny uczelni i nauczycieli akademickich oraz przekonanie przeważającej części środowiska akademickiego, że dobry uniwersytet to uniwersytet badawczy, utrudniają dywersyfikację „rynku usług edukacyjnych”. Nawet w najbogatszych krajach nie wszystkich studentów uczą nobliści, prowadzący przełomowe badania naukowe. Nobliście trzeba dobrze zapłacić, dlatego masowe studia są obsługiwane przez dużo tańszych nauczycieli akademickich, z małym dorobkiem naukowym, ale za to często z dobrym przygotowaniem dydaktycznym. Są na świecie uniwersytety badawcze, które bardzo źle kształcą oraz uczelnie bez ambicji badawczych wypuszczające doskonałych absolwentów (patrz na przykład http://archiwum.polityka.pl/art/szkola-wyzsza-nieco-nizsza,383543.html).

 

 

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 48

Dodaj komentarz »
  1. Trudno mieć pretensje aby masowy system kształcenia, mentalnie tkwiący w 19 wieku, z naleciałościami PRL-u zaczął kształcić elity jak w USA. Taki system trzeba stworzyć. Na początku 20 wieku USA goniło UK, Niemcy, Francje a teraz jest absolutnym liderem. To co dzieje się w Chinach jest godne uwagi. W Polsce trzeba się oderwać od zaścianka i stworzyć 2 lub 3 konkurujące ośrodki.

  2. Tylko kto stworzy te ośrodki? Nie ma w Polsce uczelni, w której da się wprowadzić konkurencyjny system. Może są takie wydziały. A bez tego, że każdy nowo zatrudniony będzie lepszy od 75% aktualnej kadry, zmian nie będzie.
    Poza tym, aby stworzyć elitarne ośrodki, trzeba obniżyć koszty masowego kształcenia. W MIT nie ma studiów zaocznych ani nikt nie oferuje „long life learning”. To oferują community colleages. A kto się zgodzi na degradację?

  3. Trudno się dziwić rektorowi UW, że chce mieć jak najwięcej studentów zaocznych, skoro na i uczelnia, i wydziały i sami pracownicy zarabiają pieniądze, z których nikt ich potem nie rozlicza (w przeciwieństwie do dotacji celowych albo środków z grantów). Jest natomiast z tym związane pewne zagrożenie, które sam dopiero niedawno dostrzegłem – ci studenci mogą wypychać z uczelni najlepszych naukowców. Bo im bardziej masowe studia, tym niższy poziom, a tym większa odległość między tym, co dany profesor bada, a tym, co może wykładać. Na zaocznych licencjackich może poruszać już tylko rzeczy, które są tak proste, że studenci mogliby je też przeczytać w prasie. Ale po co taki naukowiec wtedy w ogóle wykłada, jeśli to samo może taniej robić asystent albo doktorant? I to jest ten moment, w którym ten profesor też się zastanawia…..co ja tutaj robię.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Od kilku lat, glownie na podstawie swoich doswiadczen i klopotow z zatrudnieniem po powrocie do kraju, jestem gleboko przekonana, ze kluczem do wszelkich zmian w polskim szkolnictwie wyzszym jest system zarzadzania i sposobu podejmowania decyzji na wszystkich poziomach uczelni. To stwierdzenie dotyczy nawet bardziej poziomu nauczania na polskich uczelniach niz powstania uczelni badawczych.

    Po prostu, na polskich uczelniach wszystko jest w praktyce podporzadkowane lokalnym/partykularnym interesom juz zatrudnionej kadry a nie realizacji jakichkolwiek celow spolecznych, do ktorych sa zwlaszcza powolane uczelnie publiczne. Przykladowo pani minister Kudrycka slusznie wielokrotnie podkreslala (za miedzynarodowymi raportami), ze programy nauczania nie moga byc podporzadkowane wiedzy i umiejetnosciom juz zatrudnionej kadry. Nigdy jednak w sposob jednoznaczny nie stwierdzono, ze wszystko to jest bezposrednim wynikiem systemu zarzadzania i nie probowano tego w tym konteskcie zmienic. Stad wynika obecne fiasko reform na poziomie KRK i wielu, wielu innych sczzytnych zalozen, ktore w praktyce po prostu nie dzialaja.

    Dalej rzadzi mediokracja powiazana rozlicznymi interesami jeszcze z czasow studenckich jako wynik chowu wsobnego i kariery od studenta po rektora na jednej uczelni.

  6. Całkowicie się zgadzam. Kluczem do reform jest wprowadzenie na uczelnie „ładu korporacyjnego”. Obecnie pracodawcą jest (teoretycznie) rektor, ale przełożonym rektora jest „społeczność akademicka”,
    czyli osoby, których jest pracodawcą. Łatwo sobie wyobrazić, jak działałby samorząd Warszawy, gdyby prezydenta wybierali pracownicy magistratu.

  7. @Bachman
    Nie jestem pewien, czy „wypchnięcie najlepszych naukowców” byłoby takie złe. Na studiach masowych (a te powinny zostać ograniczone do studiów 1. stopnia) nie ma potrzeby zatrudniać aktywnych naukowo profesorów do dydaktyki („wczesnoakademickiej”). Z drugiej strony nie można spodziewać się cudów tam, gdzie pensum wynosi 240 godzin a praktyka – nierzadko dwa razy tyle tzw. godzin kontaktowych. Wtedy albo się udaje, że się uczy, albo że się pracuje naukowo. Więc gdyby tych najlepszych naukowców wypchnięto do uniwersytetów badawczych, których niestety nie ma, to może powinniśmy się tylko cieszyć?

    Tylko co zrobić z pracownikami instytutów PAN-owskich? Moim zdaniem te instytuty powinny wyjść spod opieki ministerstwa nauki (może do ministerstwa przemysłu?) lub zostać przyłączone do uniwersytetów. Ale dopiero wtedy mielibyśmy problem z rozliczeniem pensum! Tylko co jest celem funkcjonowania nauki. Wyrabianie pensum?

  8. @Autor. Celny i jak najbardziej potrzebny tekst. Niestety, nie ma w nim zidentyfikowanego zrodla zla/przyczyn odpowiedzialnych za niepowodzenia, brak oczekiwanych efektow i pozadanego postepu.

    Porownanie wynikow/osiagniec sektora szkolnictwa/nauki na polu krajowym, to wciaz przyjacielskie klepniecie w plecy + dyplom/laurka od przychylnych mediow, a w Resorcie/u Decydentow/ zachwyt nad absolutna wielkoscia wskaznikow ilosciowych, w tym poniesionych nakladowprzy stowarzyszonym wzroscie idiotycznych minimow, egzotycznych stopni i tytulow, przy zerowej – ~1% sprawnosci finansowej publicznych szkol wyzszych/instytucji naukowo-badawczych! Natomiast, zupelnie juz inaczej, wypadamy w skali miedzynarodowej – patrz ranking szkol/cytowalnosc/innowacyjnosc/naklady na R&D, etc., – dominuje sredniactwo (srodek/koniec danej tabeli), a nierzadko to wstyd i zenada!

    Ponizej podaje trzy glowne przyczyny w/w niedociagniec/brakow. Patrzac z zewnatrz na funkcjonowanie i biezace procesy modernizacji systemu szkolnictwa wyzszego i nauki daje sie zaobserwowac nastepujace zjawisko: stosuje sie w nim nie to co powinno, nie tam, nie w ten sposob, a wrecz wszystko jest tam..zamiast! Co wiecej, tak (ro)z(e)strojony system sam sie wciaz napedza i jego udzielnym graczom=beneficjentom jest wciaz z tym…dobrze!

    Nasuwa sie tu proste pytanie: dlaczego istnieje w/w galimatias, a nie, jak gdzie indziej, tj tam gdzie sie porownujemy/funkcjonuja markowe uniwersytety badawcze/, rozwiazania przejrzyste i proste , takie “jak podanie reki”, skuteczne, “jak wody wiatrem oddychanie” i rzetelne oraz uczciwe, jak integralna dzialalnosc krola Kazimierza III Wielkiego..??

    Po pierwsze, wciaz miesza sie polityke (w tym zla, oparta na ideologii/interesie partii politycznej, bez skali wartosci/etyki gwarantujacej, m.i., autonomie szkoly, i niekiedy wlasna-czytaj: prywata) do nauki i szkolnictwa!

    Po drugie, brak jest w praktycznym uzyciu fundamentu/kanwy etycznej/ na ktorej opiera sie caly system, a mianowicie nie ma w nim integralnosci akademickiej i naukowej! Tak jak drzewo jest wspanialym przykladem polaczenia wysokosci i cezaru, tak markowy uniwersytetet badawczy, integralnosci akademickiej i naukowej! Obecnosc, powszechne zasosowanie i przestrzeganie w/w zasad, w kazym elemencie i na kazdym pozimie systemu szkolnictwa/nauki, w tym w instytucjach fundujacych/obslygujacych granty ( np UKRIO w UK, lub ORI w USA) , rzutuje na poziom faktycznej autonomii srodowiska/szkol, ich tozsamosc oraz ksztaltuje ich spoleczny wizerunek w panstwie. W chwili obecnej, w Polsce, nie ma zadnej z uprzednio wymienionych rzeczy! Sa ich natomiast karykaturalne …podrobki/zamienniki. Wszystko zaczyna i konczy sie na slowach : rzetelnosc i uczciwosc, wpisanych w przerozne zbiory zasad dobrego postepowania do pokazania na scianie/w Internecie/w statucie danej uczelni lub organizacji dla uwiarygodnienie potrzeby posiadania pod reka… “strazackich” Komisji Dyscyplinarnych!

    Po trzecie, z tytulu w/w dwoch zrodel patoligii, niepodzielnie stosuje sie zle metody/rozwiazania i z uporem kaduka oczekuje wlasciwych/pozadanych rezulatow, takich co sa codziennosca zycia akademickiego na Harwardzie, Okswordzie, tj czolowgo markowego uniwersytetu badawczego/wiodacej instytucji naukowo-badawczej.

    Czy ta trzecia paranoja wynika z mentalnosci , czy tez z samego…wyrachowania!?

    Ktos to moze lagodnie nazwac “wprawa w budowaniu staroci’!? O dziwo, obserwacje takowa poczynil slynny R. P. Feynman w czasie obecnosci na konferencji w W-wie w 1962r. To tu:
    http://books.google.com/books?id=zDwx8nViavoC&printsec=frontcover&dq=Perfectly+Reasonable+Deviations+from+the+Beaten+Track&hl=en&sa=X&ei=L1LcUdGGNa224APokoDoDw&ved=0CC8Q6AEwAA#v=onepage&q=Perfectly%20Reasonable%20Deviations%20from%20the%20Beaten%20Track&f=false //fragment listu na stronie135/136.

    Przeciez uplynelo juz 51 lat od tamtego wydarzenia/rzeczywistosci, a Zosie Samosie wciaz sa w… natarciu i ksztaltuje oblicze panstwa? Wg mnie, debata ma sens. Wpierw nalezy ustalic jej program i cele do osigniecia. Trzy newralgiczne tematy zasygnalizowalem.

  9. Nie tylko nadmiar studentów zaocznych obniża rangę i poziom kształcenia. Równie skutecznie robią to liczne uczelnie niepubliczne, rozrosłe ponad potrzebę, często oferujące namiastkę studiów ale za to z dyplomem formalnie równoważnym dyplomowi takiego np. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uczelnie te w zdecydowanej większości żerują kadrowo na uczelniach publicznych z dość oczywistymi konsekwencjami. Utrzymywanie systemu gdzie profesor może być zatrudniony jednocześnie na dwóch lub więcej uczelniach jest swoistą degeneracją, raczej niespotykaną gdzie indziej. Do tego dochodzi wykładniczo rosnące zbiurokratyzowanie wyższych uczelni, uginających się pod ciężarem kolejnych zarządzeń, wytycznych, kontroli. A propos kontroli: geniusz, który wymyślił implementację sławetnej „kontroli zarządczej” na wyższych uczelniach rozciągając ją na sferę naukowo-dydaktyczną zasługije na miano szkodnika dziesięciolecia.

  10. Witam Wszystkich Dyskutantow,

    Kilka lat temu bylem zwolennikiem wprowadzenia uniwersytetow badawczych w Polsce. A teraz juz nie jestem… Dlaczego zmienilem opinie? Interesujac sie kiedys tym tematem zauwazylem, ze najlepsze uczelnie (ktore mozna jednoczesnie uwazac za uniwersytety badawcze) w USA to
    jednak uczelnie prywatne. To powoduje, ze jesli chodzi o cel funkcjonowania, zarzadzanie
    itp. glowne decyzje naleza tak naprawde do waskiej grupy ludzi posiadajacej prawa wlasnosci. I to powoduje, ze w krotkim czasie mozna rozne pomysly wprowadzic w zycie (czesto nawet
    eksperymentujac) nie przejmujac sie opiniami „tysiecy” ekspertow. W USA sa tez uczelnie publiczne, ktore stoja wysoko w rankingach i ktore tez mozna nazwac badawczymi. One sa jakby troche slabsza wersja najlepszych uczelni prywatnych. Mozna zaryzykowac teze, ze z jednej strony wzoruja sie na najlepszych wzorach uczelni prywatnych, ale z drugiej strony, sa juz nieco „sciagane na ziemie” koniecznoscia liczenia sie ze zwiazkami zawodowymi, poprawnoscia polityczna, no i w ogole „koniecznoscia liczenia sie ze zdaniem wszystkich”.

    Dlaczego wiec nie bardzo wierze w uniwersytety badawcze w Polsce? Bo w naszych warunkach, gdy wszystkie naprawde dobre uczelnie, to uczelnie publiczne „wyjdzie tak jak zawsze”. Tzn.
    pare uczelni zmieni nazwe i bedzie dalej tak samo (a juz wczesniej byly stosowane nazwy „centrum doskonalosci”, „centrum miedzynarodowe” itd.). No i oczywiscie instytuty PAN-owskie tez sobie przypomna, ze u nich sa studia doktoranckie i tez beda sie ubiegac o dodatkowe pieniadze.

    Jesli juz ta idea miala by byc realizowana, to moim zdaniem nalezaloby zaczac od wydzialow i wydzialy, ktore przez powiedzmy trzy lata zdobeda granty z EU (np. co najmniej dwa granty na rok, przy zalozeniu, ze kadra naukowo-dydakt. to 100 osob ) niech maja prawo nazywac sie wydzialami badawczymi. A jesli powiedzmy za 10 lat, na uczelni wiekszosc wydzialow zdobedzie tytul wydzialu badawczego, to wowczas nazwac mozna byloby taka uczelnia uniwersytetem badawczym. Ale to tylko taki pomysl „ad hoc” (tzn. jak wygenerowac uczelnie badwcze przy pomocy grantow z UE, a nie przy pomocy dyskusji w komisjach zlozonych z polskich naukowcow reprezentujacych interesy wlasnych instytucji).

  11. @Ludwik Turko
    Nie zgadzam sie z teza, ze zrodlem zla w polskim SW sa uczelnie prywatne. To jest takie tlumaczenie sie podobnie jak slynne juz „wszsyscy jestesmy winni” pani Nawrockiej. Taka proba tlumaczenia, ze to nie my tylko otaczajace nas bagienko. Wrecz przeciwnie uwazam, ze zrodlem zla sa „standardy” wyznaczane przez „najlepsze” polskie uczelnie publiczne. Co to jest „podkradanie kadry”? Tutaj tkwi najwiekszy MENTALNOSCIOWY problem srodowiska – chow wsobny. Profesor ksztalci SOBIE doktoranta by ten mogl na niego pracowac. A co by bylo gdyby juz nauczyciel w szkole podstawowej ksztalcil „sobie” uczniow do pomocy lub zastapienia w wykonywaniu obowiazkow? Ksztalci sie DLA KOGOS (w tym zwlaszcza doktorantow). A problem ucieczki w wieloetatowosc wladze uczelni mogly by bardzo prosto rozwiazac przez postawienie wysokich wymagan swoim pracownikom – wtedy nie bylo by czasu na fuchy. Tylko wtedy „rady pracownicze” wywiozly by rektorow i dziekanow na taczkach.

  12. Moim zdaniem główny problem polskiego publicznego sektora B&R wynika z tego, że po 1989 r. dokonano w nim tylko kosmetycznych zmian – w Polsce do odpowiedzialności za badania, szkolnictwo wyższe oraz politykę kadrową (nie tylko na publicznych uczelniach) poczuwa się państwo. Jednocześnie politycy nigdy nie wypracowali jakiejś spójnej strategii celów funkcjonowania publicznego sektora B&R, dopiero niedawno niektórzy z nich uświadomili sobie, że rodzime B&R (a nie prosty zakup technologii) może mieć jakiś związek z PKB. Najgorszy jest brak świadomości, że na wiedzy można zarabiać więcej niż na kopaniu ziemniaków czy węgla.

    Trzeba sobie jednak uświadomić, że w normalnych warunkach wkład B&R do PKB obserwuje się tam, gdzie rolą uczelni (B) jest kształcenie kadr dla działów badawczo-rozwojowych przedsiębiorstw (R), plus rola ekspercka, plus wykonywanie analiz na kosztownym sprzęcie. W Polsce brakuje ze 100 tys. etatów badawczych, ale nie na uczelniach, tylko w przedsiębiorstwach. Bez tych etatów np. studia zamawiane z biotechnologii, fizyki, chemii trafiają w próżnię.

    Czy czekać na powstanie polskiego przemysłu? PESA, Selena,… są dobre przykłady, ale to trwa. Biuro konstrukcyjne PESA liczy 250 osób, jest więc porównywalne z dużym wydziałem dużej uczelni państwowej. Dlaczego przedstawiciel PESA nie miałby zostać członkiem senatu jakiejś politechniki? Uniwersytetu? Bez włączenia zewnętrznych interesariuszy do zarządzania uczelniami nic się nie zmieni. I niestety muszę przyznać rację Zbigniewowi, że w obecnych warunkach tworzenie Uniwersytetów Badawczych ograniczy się do zmiany szyldów i pieczątek. W polskich warunkach taka jednostka skoncentruje się na B, czyli na czuwaniu technologicznym i przyspieszonej wspinaczce po drabinie awansów akademickich, tymczasem Polsce potrzebny jest rozwój (R) oparty na badaniach w przedsiębiorstwach lub dla przedsiębiorstw i kadrach kształconych na uczelniach mających kontakt z naukową czołówką świata.

  13. @malgorzata.academicus
    Proszę zwrócić uwagę, że mój komentarz zaczyna się od słów „nie tylko”. Patalogie związane z nadmiarem uczelni niepublicznych, a przede wszystkich tych, które są tylko „uczelniami” są nie tyle źródłem, co jednym z symptomów chorego systemu. Podobnie zresztą jak istnienie poniektórych „uniwersytetów” publicznych, uszczęśliwionych możliwością zmiany swego szyldu.

  14. @malgorzata.academicus

    > Nie zgadzam sie z teza, ze zrodlem zla w polskim SW sa uczelnie prywatne

    Niestety, ale ja się zgadzam. W obecnym systemie prawnym uczelnie prywatne są w dominującej części pasożytem kadrowym i degeneracją dydaktyczną. Ozdrowieńcze byłoby ulokalnienie dyplomów, które nie powinny być dyplomami państwowymi, ale danej uczelni. Obecnie gorsza dydaktyka wypiera lepszą – ot, taki wariant prawa Kopernika-Greshama. Rozwiązania są tylko dwa: albo likwidacja prywatnych uczelni jako jakościowo niewiarygodnych, albo wprowadzenie odrębnego egzaminu państwowego dla absolwentów kierunków, dla których wydziały – obojętne czy publiczne czy prywatne – nie mają praw doktoryzowania. I taki egzamin musiałby być realizowany przez ekipę kadrową niezwiązaną z daną placówką.

    I teraz sedno: aby taki egzamin nie został natychmiast zdegenerowany to musi zniknąć CK i państwowy status habilitacji/profesur . Tylko wtedy nie będzie możliwe nieomal natychmiastowe odgrywanie się na egzaminatorach. Obecnie jest to typowy układ korupcyjny „ręka rękę myje”, „ty puścisz mojego doktoranta/habilitanta/profesora, ja puszczę twojego”.

  15. Drogi Zgredzie,
    Bardzo szanuję Twoje wypowiedzi np. na blogu E. Kulczyckiego, ale tu trafiłeś kulą w płot. Gdyby publiczne uczelnie były zdrowe, prywatne mogłyby im… Czy spotkałeś się z sytuacją, by dyrektor prywatnej firmy pozwalał swoim pracownikom pracować u konkurencji na 2., 3.,…, 12. etacie? Więc rozwiązaniem nie jest likwidacja uczelni prywatnych, tylko… publicznych (w ich obecnym kształcie). A w każdym bądź razie radykalny demontaż Ustaw (o Szkolnictwie Wyższym i o Tytułach i Stopniach).
    Uczelnie publiczne to skansen PRL-u, zarządzane przez rady pracownicze zakłady pracy chronionej bardziej przypominające sklepy „Społem” czy GS-y niż nowoczesne centra handlowe czy zakłady produkcyjne, a obie te ustawy to mechanizm konserwujący staus quo. Analogicznie system habilitacyjno-profesorski to takie kartki żywnościowe mające uchronić system przed natychmiastową zapaścią.

    W jaki sposób uczenia publiczna, w obecnym jej kształcie, mogłaby być parterem dla przemysłu? To jest niemożliwe. To oznacza, że uczelnia publiczna w obecnym jej kształcie musi zniknąć.

  16. @Zbyszek

    Zwróć, proszę, uwagę, że pisałem o alternatywie w ramach istniejącego układu publiczne vs. prywatne, bo zakładam, że wypowiadamy się o realiach ewentualnie o stanie możliwym do osiągnięcia w rozsądnym czasie, a nie o ideałach, które w nawet dalszej perspektywie osiągalne nie są.

    Obecny status uczelni prywatnych w Polsce to – z uwagi na relatywną ubogość społeczeństwa i praktyczny brak krajowego przemysłu z lokalnie osadzonymi ośrodkami R&D – pasożytnicza przybudówka uczelni publicznych. Rynek nie jest całkowicie samokorygujący, bo ten mit obaliły ekscesy finansistów, niemniej rynek edukacyjny w Polsce późno, bo późno, ale dokonuje korekty, tylko że dla nas morderczej: nieomal całkowitego odrzucenia polskich dyplomów licencjackich i znacznego odrzucenia polskich dyplomów magisterskich. Na tej samej równi pochyłej są doktoraty napędzane oszalałym systemem studiów III stopnia. Polsce potrzebne jest co najwyżej dwa do trzech tysięcy doktorów rocznie (średnio, nie wnikam w „asortyment”) do uzupełnienia naturalnego ubytku kadry, o ile populacja (ok. 55 tysięcy) nie ulegnie planowemu zmniejszeniu. Przy skuteczności ok. 50% i średnim trwaniu przewodu 3…4 lat daje to populację doktorantów na poziomie co najwyżej 15 tysięcy. Ilu ich mamy?

    PIĘĆDZIESIĄT TYSIĘCY!

    W dodatku prowadzonych przez utytułowane naukowe trupy, swoiste zombie, pozbawione aktualnego dorobku, a w wielu przypadkach pozbawione go w ogóle. Ilu ja już w swoim życiu spotkałem zdolnych ludzi zmarnowanych przez takich pseudo-mentorów, albo sfrustrowanych i porzuconych bez doktoratów (profesurę odtylcową załapali za otwarcie, po co się męczyć zamknięciem), albo nawet wypromowanych, ale wyprowadzonych na manowce, gdzie nawet artykułu porządnie sklecić nie potrafią i ekscytują się, właśnie jak na blogu Kulczyckiego, czy załapią się na dwa czy na cztery punkty. Krajowe grajdoły zakiszone pod dowództwem szefa piaskownicy.

    Można dyskutować, jak u Platona, o świecie idealnym, ale wtedy pozostaje się tylko w kółko wzajemnej adoracji ćwiczącym łamańce umysłowe. Można uznać prymat rzeczywistości i opracowywać plany możliwe do zrealizowania. Ja optuję za tym drugim rozwiązaniem. Postulaty, choćby najsłuszniejsze, ale bez podania trajektorii dojścia odrzucam a priori.

  17. Jestem pod wrażeniem światłej myśli obywatela Zgreda „uczelnie prywatne są w dominującej części pasożytem kadrowym i degeneracją dydaktyczną”. Pasożytnictwo w istocie charakteryzuje się jednostronnymi korzyściami współżyjących organizmów. Pytanie tylko, który organizm jest nim w istocie? Primo, jak nazwać proceder „udzielania” się pracowników uczelni publicznych w prywatnych, a tacy stanowią zapewne 90% kadr uczelni prywatnych. Tj. kadra publiczna trzyma etat, bez żenady trzymając się posady z opłaconym zusem, podatkiem i rozmaitymi świadczeniami rodem z prl odwalając zajęcia w szkołach prywatnych. A spośród zatrudnionych na stałe w uczelniach prywatnych dominują emeryci. Secundo, więc kto odpowiada za poziom dydaktyki czy raczej degenerację w uczelniach prywatnych? Ano ci sami partacze co na państwowych:) A niby skąd pochodzą „sędziowie” z PKA? Niby kto ocenia uczelnie prywatne? Niby kto pilnuje poziomu? Tercjo, czy uczelnie prywatne odbierają studentów? Otóż wbrew pozorom nie. Gdyby ich nie było, uczelnie państwowe sztucznie zostały by dostosowane do „wchłonięcia” chętnych (zamiejscowe ośrodki i podobne szkółki niedzielne) Dlaczego? Bo gospodarka RP nie jest w stanie wchłonąć młodych rąk do pracy i nieudacznikom-politykom jest potrzebny „wentyl” by rozciągać w czasie niezadowolenie społeczne. Efekt jest taki że uczelnie prywatne są wszystkim na rękę, jak najbardziej też kadrze akademickiej. To, że uczelnie prywatne w RP to nie MIT jest oczywiste. To, że powinno się zlikwidować dyplomy państwowe też. Tylko dlaczego w takim razie chce się utrzymać relikty sterowanej zależności w postaci habilitacji, CK, ministerstwa, PKA itp. itd. W Singapurze nie ma ani CK, PKA ani ministerstwa, a jak wiadomo, jaki by nie uwzględnić ranking to US jest w 2 setce uczelni, a UJ w 5:). Podobnie żenujące są dywagacje o metodach „mierzenia” nauki w RP. Może najpierw byłoby dobrze mieć co mierzyć?

  18. @S.Labocha

    > Jestem pod wrażeniem światłej myśli obywatela Zgreda

    Sugeruję nie ekscytować się, ani nie prezentować tu aktów strzelistych, bo niespecjalnie robią na mnie wrażenie. Z cudzą erystyką też sobie zazwyczaj radzę. Określenia „pasożytniczy” używam dla opisu relacji, a nie jako epitetu.

    Uczelnie prywatne powstały jako komercyjna (a więc dla zysku, choć jest księgowo ukrywany – w końcu udają organizacje non profit) odpowiedź na sztucznie przez polityków wykreowaną mitologię głoszącą, że każdy może mieć wyższe wykształcenie. Z uwagi na naturalny rozkład zdolności w dowolnej populacji jest to oczywisty nonsens, ale realizacja tej demagogii nie byłaby możliwa bez organizacyjnych, prawnych i politycznych manipulacji. Więc manipulacje się odbyły:

    – dopuszczono wieloetatowość pracowników uczelni publicznych bez uzyskiwania zgody rektora, bo „uczelnie” prywatne żadnej kadry nie tworzą, ani niespecjalnie są chętne etatyzacji ponad wymagane przepisami minimum, więc bez PASOŻYTNICZEGO zasilania kadrowego ten manewr nie był możliwy do przeprowadzenia,

    – wprowadzono możliwość tworzenia „uczelni” prywatnych praktycznie przez każdego biznesmena (patologie kryminalne są licznie opisywane; zwykłe pseudo-uczelnie są dominującą masą; nieliczne mają poziom kwalifikujący do nazwy ‚uczelnia’) bez praktycznie jakiegokolwiek nadzoru merytorycznego

    – a na koniec (na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych) zafundowano „reformę” szkolnictwa firmowaną nazwiskiem Handkego, w wyniku której zdemolowano szkolnictwo podstawowe i średnie.

    Dla zamaskowania pogłębiającej się degrengolady wprowadzono ustawowy przymus uznawania wyników quizowej „matury”, równie ustawowy zakaz przeprowadzania egzaminów wstępnych (bo natychmiast obnażyłby zapaść poziomu nauczania w szkolnictwie średnim) a obecnie – co jest już wisienką na torcie – kalibruje się zadania maturalne, aby jednak jakiś w miarę duży procent był w stanie zdać te coraz bardziej śmieszne w treści zadania. Najlepszą ilustracją tej pogłębiajacego się upadku jest słynny mem internetowy opisujący zadanie matematyczne o drwalu, drewnie i cenach.

    > Tj. kadra publiczna trzyma etat, bez żenady trzymając się
    > posady z opłaconym zusem, podatkiem i rozmaitymi
    > świadczeniami rodem z prl odwalając zajęcia w szkołach
    > prywatnych

    A co w tym niby jest żenującego? Odgrywanie przez kolegę dziewicy wstrząśnietej faktem istnienia seksu jest dość zabawne. Ludzie DO PRACY przychodzą, aby zaspokoić przede wszystkim potrzeby BYTOWE, a dopiero gdy je zaspokoją zajmują się potrzebami WYŻSZYMI. Maslov sie kłania. Pauperyzacja kadr publicznego szkolnictwa wyższego, która zaczęłą się w okolicy roku 1993, a lawinowo przyspieszyła po zamrożeniu płac w roku 2004 (osławiony manewr Belki z podmianą w ustawie średniej krajowej na średnią kwotę bazową w sferze budżetowej) po kilku latach nieuchronnie doprowadzi do załamaniu etosu i morale. Żadne apele tu nie pomogą, bo zostały kompletnie skompromitowane.

    > Bo gospodarka RP nie jest w stanie wchłonąć młodych rąk
    > do pracy i nieudacznikom-politykom jest potrzebny „wentyl”
    > by rozciągać w czasie niezadowolenie społeczne.

    Oczywiście, że tak. Wcześniej podobną rolę odgrywała przymusowa służba wojskowa, a do niedawna możliwość eksportu dużych mas młodych ludzi na Zachód, co samo w sobie – jako działanie
    polityczne – napawa mnie zgrozą. Zgrozą, bo ci sami politycy działając w sposób nieprawdopodobnie naiwny zamiast uzdrowić zabili przemysł w pierwszej pięciolatce lat dziewięćdziesiątych.

    > Tylko dlaczego w takim razie chce się utrzymać relikty
    > sterowanej zależności w postaci habilitacji, CK,
    > ministerstwa, PKA itp. itd.

    Dlatego, że dominująca grupy pracowników tzw. samodzielnych jest uwikłana w rozmaite zależności towarzysko-biznesowo-rodzinne i jak ognia/choroby/wojny obawia się otwarcia zawodu na wolną konkurencję. Istnienie CK i państwowych habilitacji/profesur pozwala w zasadzie dowolnie sterować dostępem do zawodu, blokować niewygodne jednostki, a jednocześnie przykrywać to płaszczykiem kabotyńskiej hipokryzji głoszącej „dbałość o poziom naukowy”. Tak jakby poziom dna, a może nawet dwóch metrów mułu poniżej, wymagał dbałości.

    > W Singapurze nie ma ani CK, PKA ani ministerstwa, a jak
    > wiadomo, jaki by nie uwzględnić ranking to US jest
    > w 2 setce uczelni, a UJ w 5:)

    Ta pozycja UJ i tak mnie zadziwia, biorąc pod uwagę nędzne wynagrodzenia kadry i nędzne finansowanie badań. Finansowanie per capita w Polsce jest SIEDEM razy niższe niż w Niemczech. W dodatku, w przeciwieństwie do Niemiec, my praktycznie nie mamy JUŻ zaawansowanego przemysłu z ośrodkami R&D zlokalizowanymi w Polsce i mającymi – co ważniejsze – centra decyzyjne w Polsce.

    Problem, przed którym stoimy, i my, i politycy (przynajmniej ci myślący, a nie tzw. „bydło” alias „żołnierze”) to sprecyzowanie roli poszczególnych grup uczelni i dostarczenie im adekwatnego do tych ról finansowania. Uprzedzając ewentualny zarzut: ustalenie mechanizmu rozliczania – też.

    Tu pozwolę sobie powtórzyć literalnie pytania, jakie zamieściłem na blogu Emanuela Kulczyckiego:

    Jaki jest cel społeczny i ekonomiczny istnienia polskich uczelni wyższych prowadzących jakiekolwiek badania naukowe? Bo bez zdefiniowania takiego celu błądzimy we mgle. Czy badania są prowadzone wyłącznie dla utrzymania odpowiedniego poziomu dydaktyki wykraczającego poza prymitywny zawodowy PWSZ? Czy mają być wsparciem dla procesu decyzyjnego administracji państwowej i samorządowej? Czy mają wspierać prace badawczo-rozwojowe polskiego przemysłu? Czy mają jedynie być elementem prestiżu państwowego w rodzaju ekipy na olimpiady i mistrzostwa świata w dowolnej dyscyplinie rozrywkowej dla niepoznaki zwanej sportem? Model realizowany obecnie próbuje w odniesieniu do WSZYSTKICH uczelni jednocześnie osiągać WSZYSTKIE wymienione cele.

  19. @Ludwik Turko 10 lipca o godz. 10:17
    W takim razie bardzo poprosze o postawienie diagnozy (po pominieciu samego „nie tylko”) jaka jest glowna przyczyna systemowa sytuacji, ze General Electrics, jedna z najwiekszych firm swiatowych, natrafila w Polsce w 2006 roku na bariere rozwojowa dla swojego centrum R&D (ośrodek projektowania i badań silników lotniczych Engineering Design Center) w postaci braku odpowiednio przygotowanej kadry inżynierskie (inżynierów mechaników) do pracy w przemysłach zaawansowanych technologii – zrodlo: http://www.scribd.com/doc/23976584/Kadry-Inzynierskie-materialy-Dla-DWI Pytanie „ulatwiajace”. Czy nowe standardy ksztalcenia (opracowane przez przedstawicieli srodowiska pod patronatem RGSW a nie przez urzednikow ministerialnych) dla inzynierow mechanikow wniosly cos nowego? Od razu podpwiadam, ze ja widze bardzo prosty zwiazek tej kompromitujacej sytuacji ze sposobem zarzadzania i organizacja sztandarowych polskich uczelni technicznych.

  20. @malgorzata.academicus

    > jaka jest glowna przyczyna systemowa sytuacji, ze General Electrics (…)
    > natrafila w Polsce w 2006 roku na bariere rozwojowa dla swojego centrum R&D

    Ależ to proste, drogi Watsonie. Ci, wcześniej wykształcenie, z odpowiednimi kompetencjami, albo odeszli na emerytury, albo wyjechali za chlebem tam, gdzie przemysł nie zimplodował i z takiej wiedzy dało się żyć. Ci, co nie wyjechali, umiejętności utracili, bo bardziej się opłaciło handlować na „szczękach”.

    Ci świeżo wykształceni byli już z chowu masowego, prymitywnego, niskopoziomowego. Od biedy coś w Catii czy innym SolidEdgu poskładają, ale już niuansów siatki heksagonalnej już nie załapią. A nie daj Boże jakieś ambitniejsze przepływy, albo „moving boundaries”. Ojej, o rany, laboga!

    Do czego zmierzam? Ano do tego, że z wysokokwalifikowanego kształcenia w uczelniach publicznych nie wyżyje się. Nie w obecnym systemie, obecnym algorytmie, obecnym schemacie awansowym. To się po prostu nie opłaca. Wiem, że jestem cyniczny i wredny, ale ignorowanie rzeczywistości i rozmydlanie jej różowymi okularami nigdy nikomu jeszcze na zdrowie nie wyszło.

  21. Szanowny Obywatelu Zgredzie, mylicie sarkazm z erystyką. Do rzeczy:
    ad.1 oczywiście, że krzywa Gaussa przeczy możliwości kształcenia w 38mln narodzie 2 mln studentów, pojmuje to każdy kto choć nieco przekracza jej medianę i CO Z TEGO? Anonimowym narzekaniem na forach też nic się nie zmieni, to nie jest kwestia demokratycznych oddolnych dywagacji tylko administracyjnej decyzji strategicznej
    ad.2 Co to socjalistyczny dyskurs? „wprowadzono możliwość zakładania szkół” niby kto ma mi zabronić założenia sobie szkoły parzenia herbaty jeśli znajdę naiwnych lub mimo wszystko komuś to jest potrzebne? z tymi aspektami kryminalnymi to Waść trochę naiwnie się zagalopował, kryminalna to jest wieloetatowość albo fikcyjne wiszenie na etacie aby wypełniać tzw minima kadrowe,
    ad.3 co Wy mi obywatelu z jakimś dziewictwem? wprost przeciwnie, jawnie kpie z HIPOKRYZJI, znam sporo przypadków „opluwania” tandety dydaktycznej szkół prywatnych tworzonej przez…samych pracowników szkół państwowych, ja rozumiem że „pecunia non olet” ale trzeba się zdecydować: albo dorabiam i nie pluję na pracodawcę „zadupnego uniwerku” albo trzymam pion i mówię nie,
    ad.4 wreszcie sensownie, zgadzam się całkowicie, uposażenie kadry akademickiej było i jest żenująco niskie i spowodowało negatywną selekcję, no i co teraz?
    ad.5 niemniej z tym nędznym finansowaniem badań to nie jest takie jednoznaczne, niejeden projekt badawczy pentagonu pochłania więcej środków niż cała tzw. nasza nauka, pytanie tylko czy ten „wdowi” grosz jest wydawany efektywnie i potrzebnie? btw. raz pisze Pan, że w SW pracuje 50tyś potem 55tyś ludzi, czy aby nie 65tyś? proszę sobie sprawdzić, bo to nieco zmienia dywagacje o stosunku do Niemiec, potem płacze Waszmość, że u nas wydajemy tylko 700mln euro. W skali kraju to w istocie niedużo, mam tego świadomość, może nawet lepszą niż Pan. Pytanie: a co niby zrobiono za te 700mln euro? jaka wartość dodana powstała? w zasadzie ŻADNA, oczywiście jeśli nie będziemy się odwoływać do reguły dHospitala przy stosunku nakładów do efektów,
    ad.6 jedynym zarzutem, który mógłbym postawić podanej przez Pana sentencji to piramidalna NAIWNOŚĆ, w RP nie ma polityków, to miałkie intelektualnie grupy manipulujące gawiedzią,
    Pana pytania o sens istnienia , cele społeczne i ekonomiczne uczelni są uzasadnione, ale całkowicie nierealne do rzeczowego postawienia, gdyż musiałyby wiązać się ze zmianami diametralnymi, czy Pan naprawdę wierzy, że ktoś postąpi wbrew swojemu interesowi dobrowolnie?
    Moja sentencja: nie można liczyć na polityków ani na gawiedź, oddanie władzy głupiemu nie jest mądre, jeśli kadra akademicka nie jest w stanie wykształcić elit, daje się manewrować i sterować, nie stanowi siły wiodącej narodu to NIC nie jest warta.

  22. @Zgred
    1. Jaki jest cel społeczny i ekonomiczny istnienia polskich uczelni wyższych prowadzących jakiekolwiek badania naukowe?

    Hmmm… Doprawdy, nie wiem. Zatkało mnie. Ekonomicznego sensu nie ma żadnego. Cel społeczny – to może być polityka „czuwania technologicznego”. Albo danie zatrudnienia 100 tys. osobom. Ewentualnie umożliwienie urzędnikom ministerialnym wypełnienia rubryk w sprawozdaniach unijnych?

    2. Bo bez zdefiniowania takiego celu błądzimy we mgle.

    Błądzenie to mimo wszystko ruch, a ja widzę wokół tylko bezruch.
    Raczej majestatycznie dryfujemy w zamku zbudowanym na górze lodowej.
    Przy dobrej pogodzie i sprzyjających prądach przyszłość rysuje się w optymistycznych barwach, będzie można dobudować kilka bastei.

    3.
    Czy badania są prowadzone wyłącznie dla utrzymania odpowiedniego poziomu dydaktyki wykraczającego poza prymitywny zawodowy PWSZ?

    Badania są prowadzone wyłącznie w celu zdobywania kolejnych stopni i tytułów. Dydaktyka to zajęcie dla frajerów lub nieudaczników.

    4. Czy mają być wsparciem dla procesu decyzyjnego administracji państwowej i samorządowej?

    Cooooo????? Halo, tu Ziemia! Nasza, polska, a nie hamerykańska ziemia!

    5. Czy mają wspierać prace badawczo-rozwojowe polskiego przemysłu?

    Nie. Patrz punkt 3.
    Struktura publicznego sektora nauki i szkoln. wyższego jest odziedziczona po czasach PRL, gdzie przemysł był państwowy (zjednoczenia); uczelnie były od dydaktyki a od WIELKIEJ NAUKI i współpracy ze zjednoczeniami – przynajmniej formalnie – były instytuty PAN. Bez odtworzenia zjednoczeń i ręcznego sterowania instytuty PAN nie dadzą rady :-))))))) Jedyna rada: komuno wróć!!!!!

    6.
    Czy mają jedynie być elementem prestiżu państwowego w rodzaju ekipy na olimpiady i mistrzostwa świata w dowolnej dyscyplinie rozrywkowej dla niepoznaki zwanej sportem?

    A PAN to taki Komitet Olimpijski? A gdzie Małysz, Radwańska? Zamiast nich mamy związek zawodowy 100 tys. kopaczy trzecio- i czwartoligowej piłki. A jak kogoś wyeksportujemy do Bundesligi, to zaraz mu status kopacza-korespondenta nadajemy.

    7.
    Model realizowany obecnie próbuje w odniesieniu do WSZYSTKICH uczelni jednocześnie osiągać WSZYSTKIE wymienione cele.

    Nie ma zgody! Obecnie realizowany model to zamiatanie problemów pod dywan, TRWANIE w oczekiwaniu na LEPSZE CZASY.
    Kwestia polityki naukowej nie interesuje ŻADNEJ partii politycznej. O jakichkolwiek poważnych reformach nie ma mowy.

    Dorzucam pytanie szczegółowe:
    8. Jaki jest sens prowadzenia badań podstawowych w oderwaniu od dydaktyki (patrz: instytuty PAN)?

  23. Przepraszam, że się nie odzywam.
    Piszę recenzję – tytuł profesorski. Ponieważ jestem zobowiązany do zachowania poufności,
    nie wykorzystam zdobytych informacji do zilustrowania skali bezsensu naszej akademickiej rzeczywistości.

    Planuję – już od dawna – tekst na temat, który wywołał tę dyskusję. Postaram się zrobić to w weekend.

  24. Piszecie o pasozytnictwie i niskim poziomie kształcenia w uczelniach prywatnych. Nie dalej jak na koniec semestru zimowego byłem świadkiem rozmowy mojego dziekana z moim opornym kolegom (dr hab) który miał tłumaczone: „Co Pan myślał wystawiając tyle ocen negatywnych dla …… (1 rok), jeszcze się zniechęcą i odejdą. A przecież student to pensum a pensum to min. Pana etat…”.
    Mogę podać wiecej takich przypadków.
    Nadmiernię, że pracuje w jednej z 3 najlepszych polskich uczelni……..
    Nie piszecie Panowie o słabej jakości kształcenia w prywatnych bo sami to robimy.

  25. Sledzac powyzszy tok dyskusji oraz biezaca prase koniecznym jest dodac do uprzednio podanych trzech newralgicznych punktow do naprawy (polityka panstwa, etyka pracy/integralnosc akademicka i naukowa oraz sposob realizacji zadan) czynnik ludzki/demograficzny, czyli kadry, ich stan i kwalifikacje!

    Pewien wymiar trudnosci w realizacji reform adresuje ponizsza wypowiedz…

    “T. S. Ratiu: (…) But what kind of pressure can you put from outside, as a mathematician, on the government or parliament? Besides, I don’t believe that things can be changed exclusively by outside pressure. That can help, but cannot really change. People inside the country must change. Here is a thought, I was always wondering why did Moses need forty years to get from Egypt to the promised land. The brother of a good friend of mine worked for the Israeli secret service, and he had to escape from Cairo; it took him one week to get on foot to Tel Aviv. So? Yet it took Moses forty years to cover the same distance. The only explanation I can give, is that Moses wanted to create a nation of free people and had to wait until the generation of slaves disappeared. I suppose this has to happen also in Romania and the other East European countries.”( http://www.ad-astra.ro/journal/6/ratiu_interview.php )

  26. Skoro podjął Pan szalenie istotny temat konkursów akademickich: „…Rektor narzeka, że „konkursy (na stanowiska nauczycieli akademickich) nie są w istocie atrakcyjne nawet na wewnętrznym rynku krajowym”. A kto ma do tych konkursów przystąpić, gdy każda każda uczelnia, tak jak Uniwersytet Warszawski, potrafi i chce zatrzymać swoich wychowanków…” liczę, że udostępni Pan na swoim blogu ankietę badającą procedury konkursowe. Właściwy dobór kadry naukowej jest krytyczny dla funkcjonowania każdej uczelni. Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym z dn. 16.03.2011 Artykuł 118 a mówi iż zatrudnienie nauczyciela akademickiego dokonuje się na podstawie otwartego konkursu. Warunki konkursu określa statut uczelni. Chociaż konkursy zaczęły być ogłaszane, czyli upublicznianie na stronie MniSW, to sposób przeprowadzania tych konkursów w żaden sposób nie jest kontrolowany. Poniższa ankieta pomoże zbadać ten problem: http://www.ankietka.pl/ankieta/109518/konkursy-na-stanowiska-akademickie-w-polsce.html
    Sądzę, że zgodnie ze swoją wypowiedzią uzna Pan, że w/w ankietę warto przekazać właściwym adresatom. Liczę na Pana.

  27. @badacz
    Kluczowy fakt dla zrozumienia sposobu przeprowadzania konkursów na stanowiska akademickie: liczba etatów jest stała (lub nawet wobec niżu demograficznego – ulegająca redukcji) i związana z dydaktyką. Jeżeli ktoś gdzieś ogłosi konkurs na stanowisko profesora nadzwyczajnego i do konkursu zgłosi się ktoś „z zewnątrz”, to jeżeli ten ktoś wygra, trzeba będzie kogoś zwolnić. Dlatego chyba nie zdarza się, by taki konkurs wygrał ktoś wcześniej nie „uzgodniony”.
    A przecież zgodzimy się, że potrzebne są jakieś normalne drogi awansu. Jak ktoś zrobi habilitację i wypromuje doktora, to może oczekiwać awansu na stanowisko profesora ndzw. Ale ministerstwo narzuca w tym momencie procedurę konkursową. Efekt jest taki, że warunki konkursu tak się precyzuje, by maksymalnie ograniczyć prawdopodobieństwo zgłoszenia się kogoś „z zewnątrz”.
    Jedyne miejsce, gdzie zatrudnienie na zasadzie konkursowej jest możliwe i faktycznie ma miejsce to konkursy na tzw. post-doki, czyli 2-3 letnie „staże” po obronieniu doktoratu. Inny sposób to etaty przy projektach, np. NCN. Wyróżnikiem tych otwartych nie tylko z nazwy konkursów jest to, że to są zatrudnienia na okres zamknięty, w zasadzie nie blokujące etatów z puli dydaktycznej.
    Trzeba też wziąć pod uwagę śmieszne pieniądze oferowane nowym pracownikom. Za 3-4 tys. zł. nikt przytomny nie przeniesie się do innego miasta z rodziną, zwłaszcza że u siebie jest już zakorzeniony i zwykle ma opracowane sposoby dorobienia do akademickiej pensji, a wypracowanie ich w nowym miejscu zajęłoby dużo czasu i starań. Jeżeli kierownik jednostki chce ją wzmocnić „na jakimś odcinku”, to kandydata może szukać latami i wcale nie jest pewne, że go znajdzie.
    Na końcu trzeba jeszcze by się pochylić nad związkiem pomiędzy konkursami a tzw. minimum kadrowym.
    A już na zupełnie samym końcu należy wziąć pod lupę oparty na radach pracowniczych ustrój uczelni. Ostatnią rzeczą, jaką przegłosuje rada pracownicza, jest zwolnienie swojego członka. Zwłaszcza wobec wysokiej wartości tzw. stałej przeniesienia, gwarantującej stabilność i przewidywalną przyszłość.

    Podsumowując: „Socjalizm jest to ustrój, w którym bohatersko pokonuje się trudności nieznane w żadnym innym ustroju”.

  28. @Zbyszek
    „A przecież zgodzimy się, że potrzebne są jakieś normalne drogi awansu”

    I tutaj jest sedno problemu. Zdefiniujmy moze najpierw co rozumiemy przez awans i jego „normalne” drogi. Polskie szkolnictwo wyzsze i nauka sa rozlozone na cztery lopatki przez systemowe wpisanie w ustawy awansu w rozumieniu zdobywania kolejnych stopni i tytulow jako wyniku „oceny okresowej” mierzonej dzialanoscia „naukowa”, ktore sprowadza sie od produkcjhi makulatury (teraz bedzie to w dolnych stanach LF przy fanfarach sukcesu o „umiedzynarodowieniu” nauki polskiej). Uzylam cudzyslowow dla podkreslenia absurdalnosci tych pojec w kontekscie nauki swiatowej.

    Zawsze powtarzalam, ze okres pracy nad doktoratem i systemu post-dokow w normalnym swiecie to okres inwestowania w siebie czyli bez profitow, kupowania mieszkan i rowniez wplywajacy niekorzystnie na sytuacje rodzinna. Powinien byc jak najkrotszy (to jest mozliwe tylko w dobrych osrodkach i w kontakcie z rzeczywista Nauka bez wyrobnictwa dydaktycznego) oraz dawac rzeczywiste perspektywy po jego zakonczeniu. Naturalnym nastepstwem jest jednak konkretna marchewka w wieku 30-35 lat i jak zwykle nie dla wszystkich. U nas jej nie ma – za to sa roszczenia doktorantow i mlodych adiunktow z chowu wsobnego i powszechna frustracja.

    System konkursow jest niezbedny, ale jest wewnetrznie sprzeczny z ustawowym pojmowaniem „awansu” w RP. Kwadratura kola?
    Bynajmniej. Nalezy zmienic system.

  29. @malgorzata.academicus

    Znów strzelasz jak „reformiści”. Pokazujesz idealny, pożądany stan końcowy, ale kompletnie ignorujesz uwarunkowania polityczne, społeczne i ekonomiczne.

    Jeżeli Twoje propozycję mają być poważnie potraktowane to musisz wyróżnić CZTERY grupy i w każdej grupie musisz zaoferować albo wyraźny zysk z wprowadzanych zmian, albo przynajmniej brak straty. Te cztery grupy to:

    a) grupa martwych naukowo i archaicznych dydaktycznie krajowych pracowników tzw. samodzielnych; aparatczyków, celebrytów, działaczy, aktywistów – przesunąć w obszar administracji państwowej/samorządowej albo dociągnąć wegetatywnie do emerytury; można było wywalać kolosalne pieniądze na dopieszczanie górników to nie widzę powodów, aby nie potraktować PRZYNAJMNIEJ tak samo tej grupy,

    b) grupa lichych naukowo, ale nie archaicznych dydaktycznie adiunktów – pozwolić spokojnie przejść na etaty dydaktyczne i umożliwić normalne ekonomicznie funkcjonowanie; znów: ta grupa to raptem poniżej 30 tys. osób, więc nie jest to populacja o porażającej liczności,

    c) grupa aktywnych naukowo zarówno pracowników tzw. samodzielnych, jak i adiunktów zablokowanych habilitacyjnie przez lokalne sitwy oraz początkujących asystentów/doktorantów – na nich koncentrować ekonomiczne działania wspomagające, ale przygotowane poważnie, a nie piarowsko, jak obecnie; liczność tej grupy szacuję w przedziale od 10 do 20 tys. osób; z nich należy odbić rozwój następnej generacji uczelni/instytutów badawczych i WAŻNE: to nie może być budowanie wyłącznie kilku metropolitalnych wiosek potiomkinowskich do celów propagandowych, bo nastąpi drenaż mózgów z prowincji i wyjałowienie intelektualne

    d) grupa najcięższa kalibrem ilościowym, finansowym i stopniem bezużyteczności – administracja obudowana wokół uczelni – przeciętnie liczność tej grupy odpowiada łącznej liczności poprzednich trzech; nie wiem, jak tę hydrę ukrócić, bo widziałem już kilka prób przycinania, ale z powodu lichoty środków na wynagrodzenia nie dało się ściągnąć WYDAJNYCH i KOMPETENTNYCH urzędników, którymi można by zastąpić tamtą czeredę w większości dość prymitywnych kompetencyjnie osób.

    Oczekiwanie, że którakolwiek z tych grup przyjmie potulnie eksterminację z rąk „reformistów” jest bezdenną naiwnością. Polityka to sztuka osiągania celów możliwych!

  30. Zarzucając komuś naiwność może warto samemu nie podawać naiwnych postulatów?

    1. Wg strony MNiSW w branży pracuje 170tyś osób z czego 100tyś to akademicy. Jeśli jednak przejrzy się statystykę, zdaję się ta liczba odwzorowuje liczbę etatów a samych akademików jest tylko ok. 70 tysięcy. Wychodziło by więc, że w sektorze pracuje ok. 100tyś w administracji. Chyba to nieco zmienia podane rozważania i to nie tylko liczbowo.
    Należałoby natomiast przypomnieć sprawę Sorbony sprzed kilku lat, gdzie zdaje się zwolniono ok.700 pracowników administracji i mimo protestów jak wiadomo uczelnia działa dalej. Podobną rewolucyjną przemianę przeszedł Uniwersytet Humboldta w Berlinie. Zwolniono wszystkich i rozpisano konkursy od nowa. Uniwersytet zmienił oblicze. Przykłady te pokazują, że można i dokonuje się na świecie rewolucyjnych, skutecznych zmian. W RP to niewykonalne.

    2. Kto miałby w RP podjąć trudne decyzje i przeprowadzić owe reformy nauki? Środowisko akademickie? Przeczy temu psychologia. MNiSW? Żaden minister polityczny na to sobie nie pozwoli. MNiSW: 8 departamentów i 29 dyrektorów, 11 osób w randze ministrów i sekretarzy stanu, 335 pracowników, razem 346 osób. A 6 ustaw o nauce to w sumie 83 strony. Czy ten organ miałby być inicjatorem realnych reform?

    3. Zrównoważony ogólnopolski rozwój nauki w RP to mrzonki. Uwzględniając dostępne środki finansowe i aparaturowe, a przede wszystkim kadrę, byłby ogromny problem ze skompletowaniem w kraju pełnej obsady dla 3-4 uniwersytetów na przyzwoitym poziomie. A rozdrabnianie środków publicznych na symulację nauki na prowincji to błąd strategiczny. Polska nie ma ani zaplecza ani tradycji uprawiania efektywnej nauki. Natomiast zupełnie czym innym jest zbudowanie sieci dobrych szkół wyższych, których podstawowym celem będzie kształcenie kadr, a nie symulacja nauki.

    Niestety, polityka i strategia to coś, co przekracza percepcję Polaków.

  31. @S.Labocha

    Ad.1.

    Wg Eurostatu pracowników R&D w szkolnictwie wyższym i PAN jest łącznie 55 tysięcy. I większą wiarę daję tym danym niż MNiSW. Skąd MNiSW bierze te 100 tys. akademików nie wiadomo, być może wliczają w to etaty dydaktyczne lub wieloetatowców liczą po kilkakroć.

    Teraz skontruję kontrę kolegi: wymieniłem trzy grupy szacując ich liczność w przybliżeniu zgodnie z licznością podaną przez kolegę. Administracja jest w przybliżeniu ich duplikatem. W sumie więc wychodzi to przedział pomiędzy 140 a 170 tysięcy. Jak rozumiem, kolega próbuje stosować chwyt erystyczny spychając dyskusję z zagadnień istotnych na zupełnie nieistotne drobiazgi, czy akademików było 100 czy też – o dramat! o rety! – 101 tysięcy. A jakie to ma znaczenie? Czy będzie 90, czy 110, czy też 120 nie ma to KOMPLETNIE znaczenia dla tematu dyskusji.

    > zwolniono ok.700 pracowników administracji i mimo protestów
    > jak wiadomo uczelnia działa dalej

    Oczywiście, że będzie działać dalej, tylko skąd kolega weźmie pieniądze NA ODPRAWY? Świetnie się szermuje hasełkami i agitką, ale gorzej przychodzi z wdrażaniem (nota bene: to jest mój główny zarzut wobec reformistów: kompletne oderwanie od rzeczywistości finansowo-prawnej!). W swoim czasie próbowałem szacować możliwe do wytrzymania w ramach posiadanych środków tempo redukcji zatrudnienia i nijak nie było możliwości przekroczenia 4 do 5 procent rocznie. I to abstrahując od uwarunkowań polityki lokalnej, czyli rozszalałego nepotyzmu zatrudnieniowego. Dawniej, gdy książki telefoniczne uczelni nie były objęte klauzulą ochrony danych można było się nieźle pośmiać jadąc alfabetycznie po nazwiskach i porównując adresy zamieszkania. Jedną książkę zachowałem jako narzędzie edukacji politycznej młodego narybku, aby im uświadomić, że zbieżności nazwisk szacownej „władzy” i pracowników administracji nie są przypadkowe.

    > Zwolniono wszystkich i rozpisano konkursy od nowa. Uniwersytet zmienił oblicze

    Poproszę podstawę prawną takich działań. Nie pohukiwanie. Podstawę prawną w naszym systemie prawnym. Albo niezbędną modyfikację prawa i sposób jego przeprowadzenia. I wtedy podyskutujemy. Ale nad konkretami, a nie nad snami o potędze. Tylko armat nie mamy.

    Ad.2.

    Nie mam bladego pojęcia. Nie widzę żadnej siły politycznej zainteresowanej w najmniejszym choćby stopniu rzeczywistym rozwojem naukowym w Polsce. Przemysł nie będzie zainteresowany dopóki w obszarze nauki nie powstanie odpowiednio kompetentny partner. Tego z kolei może stworzyć tylko polityka państwowa. W prywatne działania naukowe przestałem wierzyć tak samo jak samoregulujące się rynki.

    Ad.3.

    W tym obszarze mamy całkowitą i nieuzgadnialną rozbieżność. Wynika ona stąd, że kolega mówi o rozwoju nauki jako biznesu, ja z kolei o rozwoju nauki jako czynniku polityki rozwoju państwa: ekonomicznego i społecznego. Dla kolegi ideałem jest kilka izolowanych uniwersytetów badawczych, dla mnie to przykład klęski polegającej na budowie izolowanych wiosek potiomkinowskich. Kolega wydaje mi się wyznawcą wiertarki ewentualnie młotka, dla mnie – to tylko narzędzia, a cel mam gdzie indziej.
    Przedostatnie zdanie kolegi o budowie sieci szkół wyłącznie dydaktycznych uważam za utopię równie groźną, co pseudo-reformę Handkego. Nie można prowadzić sensownej dydaktyki na poziomie wyższym nie prowadząc badań. To czy badania są „symulacją nauki” czy też nauką zależy od punktu odniesienia oceniającego, a nie od oceny bezwzględnej. Przypuszczam, że dokonania kolegi są nauką sensu stricte, niemniej dla jakiegoś naukowo czynnego noblisty mogłyby być „symulacją nauki” widzianą z wyżyn jego „Everestu”.

  32. Szanowny Zgredzie,
    ad.1
    nie po to czepiam się Waszmości z precyzją liczb aby snuć „sny o potędze” czy prawić tanie złośliwości, tylko właśnie podkreślić, że reformy wymagają bardzo przyziemnych ruchów, bardzo trudnych i wymagających szerszych zmian legislacyjnych niż się wielu zdaje, dlatego napisałem, że Pana propozycje niestety też są naiwne bo nie widzę szans ich realizacji w RP – proszę mi więc nie imputować nadętej martyrologii,
    nie chodzi o żadną erystykę, tylko precyzję, rozrzut 30tyś kolego może być istotny gdyby okazało się, że ten naddatek przesunie jednostkę w strefę zwolnień grupowych,
    A kolega sam sobie zaprzecza, proponuje naiwne androny, że przesunie z sukcesem(!) celebrytów i aparatczyków do zadupnych samorządów, a mnie pyta o kasę na odprawy,
    Dalej to NIESTETY typowo polskie biadolenie, podałem przykłady zrealizowanych akcji w sektorze nauki na zachodzie a Waszmość mi prawi że to niemożliwe, że to, że tamto.
    To ja napisałem, że w RP to niemożliwe!!, ale nie dlatego że techniczne niemożliwe, tylko że w małym kraju małych ludzi z małymi rozumkami to niemożliwe,

    ad.2
    no tu się prawie zgadzamy, żadna siła polityczna ani moloch ministerialny nie jest w stanie tego zrobić, choćby dlatego że wiadomo od dawna że urząd który zatrudnia więcej niż 100 pracowników jest w stanie zagwarantować 100% obłożenie pracowników pracą korespondencją wewnętrzną,
    z drugą częścią to jednak myślę, że w dłuższej perspektywie szanse mogą być, oczywiście małe firmy nie będą inwestować na razie w naukę bo ich na to nie stać, niemniej na poziomie średnich przedsiębiorstw zaczyna się już coś dziać, ci którzy myślą o ekspansji i eksporcie muszą pomyśleć o działach B+R, ba jeśli pojawiają się szanse nawet na to by np. dział B+R „wchłonął” swojego odpowiednika zza Odry to kiedyś to ruszy, mało tego gdyby byli właściwi partnerzy w sektorze SW nikt na siłę by nie wydawał dewiz na zakup systemów MES i szkoleń np. w Holandii gdyby były na miejscu. Za co płacono pensję badaczom z obszaru mesu?

    ad.3
    trochę Waszmość fantazjuje.
    primo, liczba tzw. szkół wyższych w RP chyba zdecydowanie przekracza porównywalne państwa, funkcjonowanie zadupnych uniwerków, które w rankingach wypadają niżej niż wsiowe uniwersytety w usa uważam za wybryk logiki, niby tak stoisz Waść na ziemi a opowiadasz androny, że w RP starczy środków na sensowne badania w Częstochowie czy Kielcach. A po co wydawać środki na pseudobadania tylko po to aby ktoś udowadniał że istnieje? Utopią jest wiara, że w 100tyś mieście można zmobilizować światowej klasy zespoły badawcze.
    secundo, czy Pan w ogóle prowadzi dydaktykę? związek dydaktyki z badaniami jest więcej niż luźny, nie tylko dla licencjatów ale i magistrów, wymagany poziom wiedzy dla inżyniera pożądany przez gospodarkę zupełnie nie przystaje do badań na poziomie, i to nie tylko że student taki tępy teraz, ale że droga do wdrożenia daleka, BADANIA są potrzebne tylko i wyłącznie do kształcenia kadr akademickich, nie można być promotorem dobrego doktoratu gdy nie prowadzi się badań na poziomie proszę więc sobie darować demagogię lub zostawić ją dla mas,
    tercjo, więc bezdyskusyjnie wg mnie Pan w żadnym przypadku nie celuje w ekonomiczne czy społeczne czynniki rozwoju kraju tylko w interes konkretnej grupy społecznej zajmującej się tzw. nauką, g. mnie interesuje co myśli o mnie noblista, przy tak niskim poziomie innowacyjności polskiej gospodarki nie ma w tej chwili najmniejszego sensu prowadzenia topowych badań naukowych, to przeczy zasadom logiki i ekonomii, PO CO MAŁPIE PŁYTA CD? więc te górnolotne cele Kolegi to uważam za mrzonki, rozumiem że ambicje co po niektórzy mają duże, ale obywatelu wiecie co to PKB?

  33. @Malgorzata.
    Odnośnie „normalnej drogi awansu” – dziś rozmawiałem z kolegami o podwyżkach. I doznałem małego olśnienia. Wszyscy moi rozmówcy wyrażali oburzenie, że w danej grupie (np. adiunktów, adiunktów z hab. etc.) są jakiekolwiek różnice w płacy zasadniczej, nawet jeśli są to różnice rzędu 20-100 zł (!). „A co to ja – gorszy jestem?”. O ile do tej rozmowy byłem zwolennikiem przyznawania podwyżek w sposób jak najbardziej uznaniowy („wolnorynkowy”), to po zastanowieniu się wyszło mi, że oni mają rację.
    1) nie po to wybrali dyrekcję, by ta ich sekowała;
    2) dyrekcja i tak nigdy nie wyjaśnia, dlaczego ktoś dostał tyle a ktoś tyle.
    3) tej podwyżki nie będzie można cofnąć (to nie jest premia), więc dlaczego dzisiejsze zasługi/symaptie/koneksje mają mieć wpływ na zarobki za 10 lat?
    4) ja głosowałem na kogoś innego…
    5) pieniądze i tak leżą gdzie indziej 🙂

    Ogólny pesymizm mnie ogarnął.

  34. @Zbyszek

    Nie mylmy awansu „finansowego” z awansem stopniowo-tytularno-stanowiskowym. Ja napisalam o tym drugim.

    Jeszcze czyms innym jest poziom wynagrodzen/prestizu w kontekscie atrakcyjnosci konkretnego stanowiska pracy dla pracodawcy i pracownika. W USA inne zarobki na tym samym uniwersytecie negocjuje lekarz/prawnik a inne literaturoznawca. Inne warunki moze stawiac pracownik, ktorego uczelnia koniecznie chce zatrudnic, a inne ten, ktory koniecznie chce gdzies pracowac.

    Kluczowe jest systemowe pytanie czy pracodawca chce miec najlepszych czy tez nie chce miec wewnetrznej konkurencji. W RP mamy to drugie bedace prosta pochodna systemu zarzadzania.

    No i mamy ciagle narzekania na wysokosc pensji i rownoczesne uporczywe trzymanie sie stolkow przy zaniedbywaniu (przez zbyt duza statystycznie czesc srodowiska) elementarnych obowiazkow – zwlaszcza dydaktycznych. Wg kryteriow ministerialnych oceny ustawione sa nierzadko oceny indywidualnych pracownikow. I tak okazuje sie, ze ktos nie do konca rzetelny naukowo (lokalnie nikt tego nie wycioagnie bo przeciez sa punkty dla jednostki) moze dostac podwyzke w czesci „uznaniowej”. To moze faktycznie lepiej juz po rowno skoro obowaizkow dydaktycznych w ogole sie nie biezre pod uwage?

  35. Zaczynam wątpić w Pana kompetencje. Pisanie jednej recenzji od 10 lipca br., które uniemożliwia odnieść się do zamieszczanych uwag na Pana własnym blogu sugeruje, że praktycznie założył Pan go jedynie mechanicznie, dla własnego rozgłosu. Pisanie blogów na podstronach poczytnych i opiniotwórczych czasopism jest organizowana przez media.
    Jest Pan i owszem krytyczny: „…nie wykorzystam zdobytych informacji do zilustrowania skali bezsensu naszej akademickiej rzeczywistości…”, jednak Pana zobowiązania do zachowania poufności, oraz ciążące gronostaje, które Pan poddaje krytyce determinują Pana wybory.

    I nie sądzę aby Pan je nawet zamierzał zmienić. Prowadzenie bloga daje Panu szansę zdobycia informacji, które nie są publikowane w mediach oficjalnych, nawiązać pewne kontakty, zdobyć kolejnych klakierów, którzy dyskutują jedynie z autorytetami, które mogą się im przydać.

    10 lipca br. napisał Pan: „…Planuję – już od dawna – tekst na temat, który wywołał tę dyskusję. Postaram się zrobić to w weekend….”.

    Cierpliwość Pana admiratorów jest znacząca i ciekawe czy Pana ona satysfakcjonuje?

  36. @ S.Labocha, 17 lipca o godz. 21:06
    Uprzejmie donosze, ze komercyjny program MES, ktorego Pan uzywal w swoim doktoracie (wg bazy OPI) zostal stworzony przez Polakow i oparty w duzym stopniu na know-how wyniesionym z Politechniki Krakowskiej. Wiekszosc kodu (w czesci obliczeniowej zagadnien statycznych, a nie pre i post processingu) napisali w ramach zlecen pracownicy polskich uczelni – jeszcze w latach osiemdziesiatych.
    Inna sprawa, ze akurat przecietna branza budowlana (projektowa) opiera sie dalej na bardzo prymitywnej i elementarnej teorii – nie jest wiec w najmniejszym stopniu motorem rozwoju softwaru MES-owskiego – w przeciwienstwie do mechanikow.

    To tyle uwag. Moze jednak po prostu wrocimy do stonowanej i konstruktywnej dyskusji w odniesieniu do tematyki komentowanego postu. Jakie sa Pana pozytywne propozycje na wprowadzenie zmian?

  37. 1. DOSKONAŁY przykład Pani Małgorzato, choć „donoszenie” nie koresponduje chyba z etosem akademickim:). Kod źródłowy Robota (przynajmniej pierwotnej dosowskiej wersji) budowany był zdaje się na wcześniejszym francuskim wzorcu (!) i potem dopiero rozwijany pod kierunkiem prof. Piechnika z Krakowa. Co ciekawe do dziś program charakteryzuje w miarę przyzwoity engine obliczeniowy i mało wydajny pre i postprocessing. Mesowsko program jest obecnie chyba nawet słabszy niż na początku (wycofano np. płaskie elementy paraboliczne i biblioteki acis). Słusznie Pani spostrzegła: „know-how wyniesionym z PK”(!) Od dłuższego czasu Robot znajduje się w posiadaniu amerykańskiego Autodesku. Obecna polityka Autodesku nie skupia się na rozwoju mesu tylko na prowadzeniu polityki sprzedażowej zdecydowanie niekorzystnej dla polskich użytkowników. Pracownicy publicznej polskiej uczelni współuczestniczyli w budowie rdzenia, który w kolorowej oprawie Autodesku sprzedawany jest pod ich szyldem, zyski również. O „polskim śladzie” w Robocie w materiałach Autodesku mało kto wie. Zresztą jak Pani wie, w „prawdziwych” systemach mesowskich jak ansys, abaqus czy nastran hipoteza Hubera polskiego uczonego ze Lwowa jest nazywana wyłącznie hipotezą Misesa, który opisał ją kilka lat po Huberze ale wyniki swojej pracy Huber nie przedstawił w periodykach zachodnich. W zasadzie żaden zachodni inżynier nie wie kim był Huber. Pytanie jednak co polskiego użytkownika, lub szerzej podatnika, interesuje, że polski naukowiec w ramach „fuch” wykonał za małe pieniądze pracę, za którą teraz trzeba płacić w kraju znacznie więcej „zewnętrznej” firmie? Czy widzi Pani analogię do sprzedawania tanio rudy miedzi a kupowaniu znacznie drożej wyrobów z niej? Czy powinienem przypomnieć historię Taga też stworzonego dzięki know-how z PG?

    2. Druga sprawa, że branża budowlana sporo się zmieniła. Pomijając projektantów „stodół” obiekty i konstrukcje przemysłowe są już projektowane z użyciem software 3d i systemów mesowskich z prawdziwego zdarzenia, za który niestety trzeba płacić w euro i wyprowadzać „dewizy” z kraju.

    3. Mogę podać Pani moje propozycje, niestety wielu się nie spodobają. KLUCZOWĄ sprawą zmian jest mentalność w Polsce. Nauka to sektor gospodarki jak każdy inny i musi być sprawnie zarządzany i skuteczny, jakkolwiek to humanistom wydało by się niepojęte. Idea uniwersytetów humboldtowskich to mało skuteczne narzędzie uprawiania nauki w relatywnie biednym kraju z silnie zaimplodowanym przemysłem. Nie ma logicznego uzasadnienia do trwonienia środków publicznych na niszowe badania, choćby nie wiem jak urocze. Niestety w Polsce, a nawet szerzej w Europie panuje przekonanie do idei „swobody” badań naukowych. Dlatego Europa jest tak mało skuteczna w porównaniu z USA. Ja nie widzę sensu prowadzenia badań przez X w Szczecinie nad osią i przez Y w Lublinie nad lusterkiem, gdy nikt w kraju na tej podstawie nie buduje samochodu. Z tego że X i Y nawet wypracują wysokie h nic w gospodarce nie przybędzie. A to jest właśnie ważne, bo jak w gospodarce przybędzie to X i Y otrzymają więcej środków na badania. Więc to również w ich interesie, a może przede wszystkim w ich.
    Pewnych zmian nie da się zrobić bez zmian prawnych. Ale można zacząć od tych, które zmieściły by się w kompetencjach obecnego ministerstwa, NCN i NCBiR:
    – całkowicie zlikwidować środki statutowe, bo z ich efektów w zasadzie nikt się nie rozlicza, najczęściej są dzielone uznaniowo i na to narzekają niesamodzielni, z tych środków bardzo niewiele wynika,
    – zrewidować wszystkie konkursy i panele grantowe nauki, ograniczając liczbę i środki w dyscyplinach, których uprawianie w Polsce nie ma sensu lub jest nadmiernie rozdmuchane,
    Nauka państwowa musi wypracowywać jakąś wartość „dodaną” o znacznie szerszym impakcie niż satysfakcja badaczy, inaczej to defraudacja środków publicznych.
    I na koniec, gdyby nauka w RP rozliczana była z efektów realnych, a szczególnie w polityce grantowej, to Pani obawy o model kariery stałyby się bezprzedmiotowe. Jeśli ma Pani kompetencje każdy kierownik grantu zabiegałby o Panią a nie o utytułowanego figuranta. Po krótkim czasie relikty przeszłości jak ck, habilitacja, mobbing itp. znalazły by się na śmietniku historii.
    Pozdrawiam.

  38. Panie Sławomirze,
    Podstawowym problemem mentalnościowym jest to, że wszystkim się wydaje, że głównym celem pracy akademików jest Twórczość Naukowa. A jest nim… przyziemne… nauczanie. Twórczość naukowa nauczyciela to warunek niezbędny do kształcenia twórczych magistrów i zwłaszcza doktorów. Z tego punktu widzenia nie mam nic przeciwko niszowym badaniom prowadzonym przez dydaktyków, tym bardziej że co dziś niszą, jutro może być głównym nurtem i vice versa. Byle te badania były na światowym poziomie.

    Kolejnym problemem mentalnościowym jest to, że wielu ludziom się wydaje, że to na uczelniach powinny powstawać wynalazki, patenty. Hola! uczelnia to nie biuro konstrukcyjne. Należy dążyć do tego, by uczelnie zajmowały się problemami mającymi potencjalne przełożenie na praktykę, ale od patentów i ich wdrożeń, komercjalizacji są przedsiębiorcy. A od finansowania – (para)-bankierzy. I państwo 🙂 Rolą uczelni powinno być dostarczanie przedsiębiorstwom kadr, tak właśnie, kadr twórczych, kompetentnych, znających lub mogącym w krótkim czasie osiągnąć poziom światowego „cutting edge”.

    Gdzie rola państwa w finansowaniu wdrożeń? Weźmy CERN. Moim zdaniem te ogromne ilości miliardów dolarów pakuje się w tę inicjatywę nie po to, by dowiedzieć się czegoś o Higgsie, bo mamy poważniejsze problemy do rozwiązania. Dla mnie CERN to przede wszystkim zakamuflowany sposób dotowania przedsiębiorstw high-tech, zwłaszcza tych pracujących w obszarach wysokiego ryzyka. Bo przecież ktoś ten CERN musiał zbudować i nie były to państwowe zrzeszenia.

    Weźmy taki Instytut Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN. Czy przez kilkadziesiąt lat swojego istnienia opracowano tam jakąkolwiek technologię produkcji kabli nadprzewodzących? Nie! A przecież w CERN są ich kilometry! Za to wypromowano tam dziesiątki, setki doktorów, drów habilitowanych i profesorów. Czyż nie lepiej dla podatnika byłoby więc, gdyby placówka ta straciła status placówki naukowej, straciła prawo do nadawania stopni i tytułów, przeszła pod kuratelę ministerstwa przemysłu (a może MON?) i zajęła się tym, co próbuje robić EIT+ – komercjalizacją wiedzy naukowej? Czterdzieści z górą lat spokojnie powinno wystarczyć na opracowanie technologii tych kabli, przynajmniej były z tej instytucji jakiś pożytek.

    Więc oto moje postulaty reform:
    (a) od przyszłego roku zakazać naboru na studia doktoranckie poza uczelniami wyższymi
    (b) za 5 lat zakazać nadawania stopni/tytułów poza uczelniami
    (c) przekazać instytuty PAN ministerstwom (rolnictwa, obrony narodowej, przemysłu etc.), ewentualnie wcielić do uczelni.
    (d) przy okazji tego przekazania zmienić sposób zatrudnienia – wyjąć pracowników instytutu spod działania ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym, zmienić zakres obowiązków, charakter i nazwy stanowisk, np. zamiast adiunkta – „specjalista”, zamiast profesora – kierownik 🙂
    (e) podwyższyć wymagania stawiane uczelniom, by mogły nadawać stopnie i tytuły (ograniczyć liczbę uczelni mających te uprawnienia).

    I w tym momencie problem p. Zgreda wyłazi z szafy z szatańskim rechotem: jaki maiłby być CEL ISTNIENIA tych placówek pozbawionych ich ulubionych zabawek, awansów, stopni, tytułów? Kto i jak długo zechciałby je finansować? A podobno one pochłaniają ok 1/3 wydatków państwa na naukę…

  39. Jak widać trudno o dyskusję gronostajów z wyrobnikami. Ale proszę przyjąć gratulacje, choćby za to, że nie skasował Pan postu dotyczącego procedur konkursów na stanowiska akademickie, choć inni wielcy profesorowie czynią to natychmiast:
    http://interdyscyplinarni.blogspot.com/2013/07/ocena-parametryczna-i-wydziau-nauk.html
    Odczuwam to z Pana strony, jako odrobinę dobrej woli. A może to po prostu wynik medialnej kontroli, w odróżnieniu do prywatnego blogu WIELKIEGO PEDAGOGA…Pojęcie wielkości podkreślam nie przypadkowo. Sadzę jednak, że zrzucanie gronostajów to proces długofalowy i bardzo bolesny dla ich właścicieli.
    A może nic Pan nie odpisuje w temacie, ponieważ jest Pan aktualnie konsumentem na rynku turystycznym, jak to wg. dzisiejszej audycji TOK FM czynią Polacy 3-4 razy do roku?

  40. A co nas czeka realnie? Nie mogę sobie odmówić zalinkowania programu największej partii opozycyjnej: http://programpis.org.pl/22,edukacja-i-nauka.html Zwłaszcza punkty 7 i 8.
    Opozycja jest całkowicie nieprzygotowana do jakichkolwiek merytorycznych rozmów, to jest jeszcze bardziej naiwny i wsteczny program niż postulaty Obywateli Nauki!

  41. Ponieważ wierzę w ten blog oraz dla zrównoważenia poprzedniego wpisu, pozwalam sobie jeszcze zalinkować książkę „Misja i służebność uniwersytetu w XXI wieku”, http://www.frp.org.pl/publikacje/Misja_i_sluzebnosc__wersja_ostat.pdf , a w niej zarekomendować artykuł prof. Wojciecha Cellerego. Wątpię, by ktoś przeczytał całą tę pozycję, ale może Czytelnicy tego bloga zwrócą uwagę na inne artykuły warte uwagi?

  42. Nie miałem wcześniej czasu, aby zareagować.
    Przeczytałem „zalinkowany” dokument, polecam!
    Za dwa lata przechodzę na emeryturę.
    Powinienem więc zagłosować na PiS.
    Jeśli wygrają, nie będę emerytem, będę „w stanie spoczynku”.
    Stać mnie będzie na dobre whisky i wczasy na Karaibach.

  43. Trudno o dyskusję? Może nie. Postaram się odpowiedzieć na każde pytanie. Ale nie w trybie „on line”.
    Zdecydowałem się na pisanie bloga, bo chciałbym, aby polskie uniwersytety były takie, jak „na zachodzie”.
    Jestem jednak wciąż „czynnym” pracownikiem naukowym. Mam więc sporo przyziemnych obowiązków: granty,
    recenzje, nadzór nad finansami, magistranci, nowe projekty, współpraca międzynarodowa, program
    studiów na najbliższy rok, brak sal wykładowych, … Pracuję (na ogół) od 7 rano do 23 wieczorem. Oczywiście
    z przerwami na lunch, kolację. Tak jak wszyscy w mojej branży.
    Planuję napisanie bloga na temat konkursów. Ten temat jest ważny, bardzo ważny. Ale prawdopodobnie to, co napiszę
    więcej osób zirytuje, niż zachwyci.

  44. Zdecydowanie się zgadzam – to o punkcie 3. Ale kto i jak ma to zrobić?

  45. Miło, że się Pan odezwał, choć obietnica: „Planuję napisanie bloga na temat konkursów. Ten temat jest ważny, bardzo ważny. Ale prawdopodobnie to, co napiszę więcej osób zirytuje, niż zachwyci” nie zapowiada się najlepiej.

    Przede wszystkim, czy zadał sobie Pan pytanie czy ktokolwiek jest zainteresowany tym co Pan myśli o konkursach akademickich? Mnie osobiście to absolutnie nie interesuje, ani wywody Zbyszka na temat konkursów. Co z tych wywodów wynika? Kto je czyta? Jaki mają social impact?

    Kto z aktywnych forumowiczów udostępnił link do ankiety, która bada problem?

    Imiona forumowiczów znam z wielu miejsc w internecie, gdzie usiłują wtrącić swoje kompletnie nic nie znaczące, nisko impactowe trzy groszy. Żaden z nich nie zainteresował się badaniem, nie zaproponował pomocy. Niektórzy wyrażali jedynie uwagi krytyczne (to akurat nie na tym blogu) co do badań prowadzonych metodą sondażu diagnostycznego w internecie.

    Osobiście, nie reprezentuję nauk społecznych, i z perspektywy specyfiki metodologii badań w dziedzinie, którą reprezentuję mam dystans do metody sondażu. Z kolei moje doświadczenie z tą metodą jest wystarczające na tyle, by ją zaproponować do badania pewnych patologicznych zjawisk społecznych.

    I w związku z powyższym ponownie zachęcam do rozpropagowania ankiety: http://www.ankietka.pl/ankieta/109518/konkursy-na-stanowiska-akademickie-w-polsce.html

    Zainteresowanym mogę przesłać nie tylko link lecz również kod QR, lub Widget do wspomnianej ankiety do wstawienia na stronę internetową lub bloga.

    Aby cokolwiek zaproponować, należy zdobyć odpowiednią wiedzę. Zbadać problem, a nie podnosić sobie nastrój przetwarzanymi frazesami.

    Poszukuję wolontariuszy do współpracy w temacie badania ważnych problemów społeczności akademickiej. Potrzebuję osób, które włączą się w upowszechnianie aktualnych ankiet oraz statystyków.

    Słuchanie autorytetów w gronostajach jest zdecydowanym przeżytkiem. Spróbujmy zrobić coś razem co może mieć istotne znaczenie.

  46. Szanowny „Badaczu”, to dobrze, ze Pan/Pani sie tutaj pojawia, gdyz to oznacza, ze ta dyskusja wzbudza zainteresowanie. A kilka komentarzy uczynionych przez „Badacza” chyba oznacza, ze temat reform jest dla niego/niej naprawde wazny. „Badacz” propaguje ankietke – widzialem pytania i odpowiedzi, wyglada to naprawde ciekawie. Ale inni byc moze wola propagowac pewien program zmian, jak czyni to „Zbyszek”, byc moze to tez jest interesujace. Na razie wymieniajmy sie tutaj opiniami. A czy to cos da? A kto moze przewidziec przyszlosc?

  47. @badacz
    Tę Pana ankietę już widziałem. Jest ona tak skonstruowana, że wypełnić jej fizycznie nie mogę. Chcę, ale nie mogę, bo nie pasuję do jej profilu. Poza tym ona sprawia wrażenie, jakby służyła udowodnieniu z góry przyjętych tez, tymczasem powinna służyć poznaniu i opisaniu rzeczywistości? Powinna jej towarzyszyć analiza reprezentatywności badanej grupy? Powinna być osadzona w szerszym kontekście? Z tego punktu widzenia uwagi moje, a zwłaszcza Małgorzaty, przyjąłbym na Pana miejscu z największą uwagą, bo one powinny Panu uświadomić, że bada Pan skutki a nie przyczyny. A także, że konkurs konkursowi nie równy i wrzucenie różnych konkursów do jednego worka to błąd metodologiczny.
    Inne odpowiedzi otrzyma Pan też od osób, które do konkursu stają, inne od osób, które je ogłaszają i rozstrzygają. To są zupełnie różne perspektywy!
    Najważniejsze pytanie, którego brakuje, jeśli ta ankieta miałaby trafić do osób decyzyjnych: czy spotkał się Pan/Pani z sytuacją, gdy ogłoszono konkurs na stanowisko akademickie płatne bezpośrednio ze środków budżetowych, nie mając wcześniej upatrzonego kandydata na to stanowisko? I drugie pytanie: czy ten upatrzony kandydat zawsze wygrywał? Kolejne pytanie: czy uczestniczył Pan kiedykolwiek w nieustawionym konkursie? I jeśli uzyska Pan następujące odpowiedzi:
    1. 100% odpowiedzi „nie” lub „nie wiem”
    2. 50% odpowiedzi „tak” lub „nie wiem”, 50% „nie”
    3. 98% odpowiedzi „nie” lub „nie wiem”
    To jakie Pan z tego wyciągnie wnioski?

  48. @Zbyszek: ja również znam wiele Pana wypowiedzi. Moim zdaniem, większość z nim zawiera wiele błędów logicznych. Dotyczy to również Pana wypowiedzi na mojego posta. Kilka z nich: circulus in definiendo, entymemy, ignoratio elenchi, dosyć jawne błędy atrybucji, własne projekcje oraz liczne presupozycje.

    I to jest mój ostatni post na pacholski.blog.polityka, który w założeniu i zasięgu powinien być otwarty nie tylko dla zamkniętego grona technokratów opisujących sprawy które nie są adresowane do szerokiej społeczności akademickiej.

    Panu Zbyszkowi bardzo się dziwię i życzę sukcesów w zatrudnianiu najlepszych postdoków do projektów, które prześcigną naukę uprawianą gdzieindziej. Zamiast uzdrawiać naukę na poziomie społeczno-politycznym, może warto aby się Pan zajął doskonaleniem własnej metodologii.

  49. do „Badacza”. Z tego co sie orientuje, to nie jest blog zamkniety
    zarowno formalnie, jak tez nieformalnie. W kazdym razie, jesli „Badacz”
    zmieni swoje zdanie i jednak bedzie sie tu chcial pojawiac, to
    ja na pewno bede czytac komentarze „Badacza” z zainteresowaniem. A
    to dlatego, ze w sumie inspirujace, chyba dla wszystkich, sa tylko
    opinie przynajmniej troche krytyczne. A gdy wyrazane sa tylko opinie
    grzecznosciowe, ulizane, to wieje okropna nuda na odlegosc. Fakt, to
    jest wlasnie obowiazujacy standard w Polsce. Ale jesli cos ma sie
    zmienic u nas naprawde, to wlasnie od zmiany tego „standardu” nalezy
    zaczac.