Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

10.07.2013
środa

Segregujemy się sami

10 lipca 2013, środa,

Zaskoczyło mnie pojawienie się na łamach Polityki artykułu Segregacja prasowa Sławomira Tumańskiego. Zawsze wydawało mi się, że problem jakości narzędzi oceny badań naukowych jest dla Polityki zbyt specjalistyczny. Tak zresztą uważają znajomi dziennikarze, z którymi na ten temat rozmawiałem i moi koledzy, znawcy bibliometrii, którzy przekonali się o tym, że ich doskonałe analizy nie znajdują uznania u redaktorów tygodników opinii mimo, że są krótkie i napisane w przystępny sposób. Jeśli więc piszą na ten temat, publikują w „Forum Akademickim”, które dociera do bardzo wąskiej grupy w środowisku akademickim. Owszem, pojawiło się kilka, a może nawet kilkanaście artykułów na tematy związane z listą filadelfijską i indeksem Hirscha, ale zawsze albo kogoś atakowały – a to się dobrze sprzedaje, albo starały się coś załatwić i – jak podejrzewam zostały napisane przez osoby dysponujące siłą przebicia.

 

Sławomir Tumański, profesor i redaktor naczelny miesięcznika „Przegląd Elektrotechniczny” atakuje listę filadelfijską. W ostatnim zdaniu artykułu diagnozę: „Choroba filadelfijska ma więc swoją polską odmianę – jest zadowolona z siebie grupa mistrzowska i sfrustrowana, bez szans na rozwój naukowy, reszta środowiska”. Oczywiście, jak dobry lekarz, proponuje też terapię: „Może warto pomyśleć o polskim instytucie oceniającym naukę i polskiej liście rankingowej. Pole do popisu maja też polscy europosłowie – dlaczego nie powołać obiektywnego instytutu europejskiego, podobnego do amerykańskiego”.

 

Zaniepokoiły mnie te dwa zdania. Uważam oba pomysły za absurdalne, ale pierwszy bez trudu może znaleźć poparcie wielu wpływowych osób, kierujących prowincjonalnymi uczelniami i instytutami badawczymi i mających dostęp do uszu polityków. Drugi natomiast dobrze wpisuje się w działania Unii Europejskiej, od czasu uchwalenia słynnej Strategii Lizbońskiej buduje wizerunek organizacji, dla której jednym z priorytetów jest przegonienie Stanów Zjednoczonych w badaniach i innowacji.

 

Artykuł profesora Tumańskiego jest dobrze skonstruowany. Przede wszystkim buduje obraz Instytutu Thomsona – twórcy Listy Filadelfijskiej – jako instytucji skrajnie elitarystycznej, działającej w sposób “niezupełnie jasny” lub wręcz “niezupełnie nieuczciwy”. Temu służy zapewne zabieg erystyczny, polegający tym, że pan profesor tłumaczy Master Journal List jako Listę Mistrzowską. A przecież master key, to nie jest klucz mistrzowski, lecz klucz uniwersalny, a master plan to nie plan mistrza, ani plan mistrzowski, tylko plan ogólny. Jeśli to błąd, to jest to błąd elementarny, studencki, którego przecież profesor nie mógłby popełnić. Trzeba więc uznać, że jest to manipulacja. Manipulacji jest więcej. Kolejna polega na podgrzewaniu starego sporu pomiędzy twórcami i urzędnikami: “Naukowcy nie godzą się na automatyzm urzędniczej oceny …”. A przecież, oparte o Listę Filadelfijską, algorytmy “oceny parametrycznej układali nasi koledzy profesorowie, członkowie KEJN – Komitetu Ewaluacji Jednostek Naukowych. Wcześniej Listę Filadelfijską jako podstawę oceny badań naukowych rekomendowało inne ciało profesorskie – KBN. Przeciętny czytelnik jednak tego nie wie, i po przeczytaniu artykułu Segregacja prasowa zobaczy biednego polskiego naukowca w kleszczach nieuczciwych amerykańskich korporacji i polskich, nie rozumiejących nauki, urzędników.

 

Będę bronił honoru Listy Filadelfijskiej – co oczywiście nie musi oznaczać, że jestem zwolennikiem traktowania jej z przesadną estymą i wykorzystywania jej do zadań, do których się nie nadaje. Lista ta jest konstruowana w sposób całkowicie przejrzysty i uczciwy. Nie ma zresztą żadnych powodów, aby ktokolwiek przy tworzeniu tej listy manipulował. Wymagania Instytutu Thomsona dotyczą spraw formalnych – publikacje muszą być recenzowane, poprzedzone streszczeniem, czasopismo musi ukazywać się regularnie. Są też dodatkowe wymagania, dla mnie i wielu moich kolegów oczywiste: czasopismo nie może być forum dla członków komitetu redakcyjnego, a grono czytelników nie powinno pokrywać się z listą autorów. Lista nie jest i nie pretenduje do listy czasopism elitarnych. Są na niej czasopisma bardzo kiepskie, także publikujące żenujące teksty.

 

Próba uczynienia z Listy Filadelfijskiej ekskluzywnego klubu, ma osłodzić fakt, że redagowane przez profesora Tumańskiego czasopismo znikło z tej listy, a pisma techniczne na tej liście można policzyć na palcach jednej ręki. Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że znika pojęcie narodowego czasopisma naukowego. Oczywiście jest niewielka grupa, na ogół wysoko cenionych, czasopism z tradycją, wydawanych przez uczelnie lub narodowe stowarzyszenia naukowe. Rynek czasopism naukowych jest jednak opanowywany przez komercyjne korporacje wydawnicze. Jest też na nim miejsce dla dużych międzynarodowych organizacji naukowych, takich jak choćby wymienione w artykule IEEE. Jest to zrozumiałe, gdyż w zglobalizowanym i skomercjalizowanym świecie jednym z najtrudniejszych zagadnień każdej instytucji jest znalezienie rynków zbytu dla swoich produktów, dotarcie do potencjalnych klientów i czytelników, a wydawców pojedynczych czasopism nie stać na finansowanie akcji marketingowych i dużych sieci dystrybucji. Nie ma więc powodu do załamywania rąk z powodu małej liczby polskich czasopisma liście filadelfijskiej. Uważam wręcz, że to dobrze. Odbiera bowiem młodym uczonym pokusę publikowania w czasopismach wydawanych przez swego mentora lub jego kolegów i zmusza do próbowania swoich sił na konkurencyjnym rynku międzynarodowym.

 

Z tekstu profesora Tumańskiego wyłania się bardzo smutny obraz polskiej nauki. Przede wszystkim odnosi się wrażenie, że publikacja jest celem do osiągnięcia awansu, że wartościowe są publikacje sławnych autorów. A przecież celem publikacji jest podzielenie się z kolegami pracującymi na całym świecie swoim odkryciem naukowym, nowym związkiem chemicznym lub lepszym wyjaśnieniem znanego zjawiska. Nowym algorytmem lub pomysłową konstrukcją. Jeśli uzyskane osiągnięcie jest ciekawe i ważne, opublikują je czołowe wydawnictwa na świecie. Nie trzeba być sławnym, żeby pisać do najlepszych czasopism. Trzeba mieć coś ciekawego do powiedzenia. Oczywiście, trzeba też umieć zredagować publikację tak, aby recenzent nie znający polskiego potrafił ją ze zrozumieniem, a najlepiej także z przyjemnością, przeczytać. To wymaga wysiłku, czasem pomocy bardziej doświadczonych kolegów, ale trzeba się tego nauczyć. Nie ma sensu bowiem publikować ważnych odkryć w wydawnictwach, których nikt nie czyta. A na publikowanie bezwartościowych szkoda czasu, papieru i farby drukarskiej.

 

Kilkanaście lat temu, gdy powołano Komitet Badań Naukowych i budowano zręby systemu oceny badań naukowych w Polsce, jednym z najważniejszych celów byłą walka z odziedziczoną po latach realnego socjalizmu izolacją polskiej nauki. Temu miało służyć oparcie metody punktacji czasopism na istniejących za granicą bazach danych. Wybrano największą i najbardziej znaną bazę, stworzoną przez ISI, mieszczący się w Filadelfii Instytut Informacji Naukowej, którą Andrzej Kajetan Wróblewski nazwał „listą filadelfijską”. Plan umiędzynarodowienia polskiej nauki udał się tylko częściowo – wciąż, o czym świadczy choćby tekst profesora Tumańskiego, znaczna część środowiska tkwi w zaścianku (wiele zostało do zrobienia).

 

Oczywiście zgadzam się z profesorem Tumańskim, że ocena osiągnięć naukowych nie może polegać na zliczaniu punktów. Nie wierzę, że uda się wymyślić algorytmiczny system odporny na pomysłowość niektórych pracowników naukowych i redaktorów czasopism. Prawie każdy potrafi podać kilka przykładów przypadkowych paradoksów lub mozolnie konstruowanych patologii. Niedawno musiałem przeczytać nową publikację publikacji trzech polskich uczonych. Lektura nie pozostawiała żadnych wątpliwości że dzieło nie zawierało żadnej nowej myśli, żadnej oryginalnej obserwacji, nie opisywało nowego eksperymentu ani nowych obliczeń. Nic. To oczywiście zdarza się bardzo często i nie warto byłoby o tym pisać, gdyby nie to, że czasopismo, w którym ten bubel został opublikowany, eksperci ministerstwa ocenili na maksymalną liczbę punktów – 50, oczywiście biorąc pod uwagę tak zwany impact factor czasopisma. Możliwe, że czasopismo jest doskonałe, a autorzy mieli niezwykłe szczęście bo ich dzieło trafiło do niedysponowanego recenzenta. Możliwe też, że impact factor został mocno dopompowany. Od lat wiadomo, jak to się robi. Już ponad 50 lat temu Derek J. De Solla Price w, przetłumaczonej na język polski i wydanej w Bibliotece problemów, książeczce – Mała Nauka, Wielka Nauka – opisał metody tworzenia pozorów wielkiej nauki poprzez wzajemne wspieranie się cytatami. A od tego czasu pojawiło się wiele nowych tricków.

 

Jaki stąd morał? Po pierwsze należy się bać listy filadelfijskiej, ani na siłę na nią wciskać. A jeśli już ktoś bardzo chce, aby czasopismo na trwałe się na liście filadelfijskiej znalazło, to nie może na stronie czasopisma pokazywać, że korzysta wyłącznie z recenzji pisanych przez Polaków. I musi dbać o to, by drukować dobre publikacje, niekoniecznie pisane przez zasłużonych i sławnych autorów. Po drugie, nie można przy ocenie badań naukowych opierać się tylko na jednej bazie danych. Jest wiele baz zawierających ważne i ciekawe informacje. Bezpłatny Google Scholar łatwiej oszukiwać, bo cytują każdy tekst w Internecie. Ale można się z niego dowiedzieć, że ktoś jest istotnie cytowany w niepublikowanych notatkach noblisty z Princeton, co może mieć większą wartość od cytowania przez słabego uczonego z przeciętnym czasopiśmie. Inna bezpłatna baza Microsoft Academic Search pozwala obliczyć impact factor czasopism i recenzowanych konferencji, które nie są indeksowane przez Instytut Thompsona, ale w niektórych środowiskach odgrywają rolę większa od czasopism i tam publikują głównie informatycy z MIT. Po trzecie jeśli musimy ocenić instytucję, a tym bardziej indywidualnego uczonego, nie możemy ograniczyć się do sprawdzenia liczby cytowań i dodawania punktów. Nawet niespecjalista może łatwo sprawdzić, czy duża liczba cytowań pochodzi od uczniów i kolegów z wydziału, czy też z czołowych ośrodków badawczych na świecie. A przede wszystkim róbmy dobrą naukę, wtedy będą nas cenić i cytować.

 

 

 

 

3.07.2013
środa

Podyskutujemy?

3 lipca 2013, środa,

 

W Polityce z 12 czerwca ukazała się rozmowa Edwina Bendyka z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, profesorem Marcinem Pałysem. Wywiad potwierdza, że nowy rektor pozytywnie odróżnia się od wielu swoich kolegów i poprzedników, ale rewolucji na Uniwersytecie Warszawskim raczej nie przeprowadzi. Trudno się dziwić. Rektor tak naprawdę jest bowiem przewodniczącym związku zawodowego profesorów i musi ich interesy reprezentować. Musi pamiętać, że nie został na swoją funkcję wybrany głosami najlepszych uczonych, lecz głosami większości, która – nawet na doskonałym Uniwersytecie Warszawskim – jest raczej przeciętna. A przeciętny profesor jest niezadowolony ze swojej pensji, z nieobiektywnych zasad przyznawania grantów, z tępoty studentów oraz z ministerstwa, ale jest zadowolony z siebie i ze swojej katedry lub swojego zakładu. I nie widzi potrzeby żadnych zmian.

 

Wywiad pozostawia uczucie niedosytu. Dotyka zaledwie kilku ważnych tematów, nie stawiając jednak kropki nad „i”, a wiele spraw bardzo ważnych całkowicie pomija. Szkoda, bo rektor największej i najlepszej polskiej uczelni ma duży autorytet i może wpływać nie tylko na kondycję swojej uczelni, ale także na kształt szkolnictwa wyższego w Polsce.

 

Jednym z ważniejszych wątków w wywiadzie jest masowe kształcenie, w tym studia zaoczne. Rektor Pałys mówi, że „im ich (studentów) więcej, tym więcej można zatrudnić wykładowców i naukowców. W efekcie więcej osób może prowadzić badania naukowe.” To jest myślenie bardzo niebezpieczne. Bardzo często prowadzi do uruchamiania błędnego koła: przyjmujemy więcej studentów, więc powiększamy kadrę – obniżając jej poziom, a potem przyjmujemy na studia jeszcze słabszych studentów, żeby zdobyć na tę kadrę pieniądze. Zamiast zatrudnić jednego lub dwóch najwybitniejszych absolwentów studiów doktoranckich, zatrudniamy dwa lub trzy trzy razy więcej – bo przecież promotorzy naciskają, a poza tym szkoda utalentowanych kandydatów. A przecież ci trochę mniej wybitni mogliby podjąć pracę w Toruniu lub w Kielcach podnosząc tam poziom naukowy, lub aplikować o bardzo łatwo dziś dostępne stypendia podoktorskie w dobrych uniwersytetach europejskich. Teraz też mogą. Ale nie muszą, więc wybierają rozwiązana łatwiejsze, bezpieczniejsze, ale niekoniecznie lepsze. W rezultacie typowy pracownik polskiego uniwersytetu to wychowanek wydziału na którym pracuje, często z niewielkim doświadczeniem w pracy za granicą. Od kilku lat opiniuję wnioski o stypendia podoktorskie w programie międzynarodowej organizacji ERCIM. Znakomita większość kandydatów zanim znajdzie stałą pracę przez wiele lat tuła się po świecie zdobywając wiedzę i doświadczenie. Robią to nie dlatego, że mają taką fantazję, lecz ponieważ uniwersytet, który kończą nie oferuje im pracy. Rektor narzeka, że „konkursy (na stanowiska nauczycieli akademickich) nie są w istocie atrakcyjne nawet na wewnętrznym rynku krajowym”. A kto ma do tych konkursów przystąpić, gdy każda każda uczelnia, tak jak Uniwersytet Warszawski, potrafi i chce zatrzymać swoich wychowanków.

 

Jest i druga strona tego medalu – studenci. Szanujące się uniwersytety amerykańskie przez długie okresy utrzymują taką samą liczbę studentów. Jeśli infrastruktura została zbudowana tak, aby kształcić dziesięć tysięcy studentów, przyjęcie większej liczby oznacza, często drastyczne, pogorszenie warunków studiowania. Ponadto, dla pracodawcy dyplom renomowanej uczelni to gwarancja jakości absolwenta. A trudno, nawet w MIT, dobrze wykształcić kogoś, kto nie ma ani talentu ani motywacji do pracy, i nie da się budować reputacji przyjmując na studia, obok laureatów olimpiad, młodzież, która z trudem zdała maturę.

 

W wywiadzie wspomina się polemikę pomiędzy rektorem Pałysem a minister Kudrycką, dotyczącą metod oceny uczelni i braku programów strategicznych na uczelniach. Rektor broniąc się przed zarzutem, że uczelnie nie „posługują się strategiami” mówi, że „resort odpowiedzialny za politykę państwa w obszarze szkolnictwa wyższego” nie przygotował strategii. Zapomina jednak o proteście rektorów przeciwko opracowaniu takiej strategii przez zespół od niezależny od Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Poza tym, w polskim środowisku akademickim a także w ministerstwie brakuje głębszej wiedzy na temat kierowania uczelniami i całym systemem akademickim. Nie mam na myśli zarządzania na poziomie operacyjnym, lecz coś, co po angielsku nazywa się governance. Dlatego przygotowanie dobrej strategii przez wiodący uniwersytet mogłoby znacznie tę wiedzę wzbogacić.

 

Rektor Pałys porusza też problem braku poważnej debaty na temat szkolnictwa wyższego, narzeka, że „do dziś takiej debaty o miejscu i roli uniwersytetu nie odbyliśmy”. Wiele osób i instytucji odpowiada za ten stan. Media, które chętnie publikują emocjonalne artykuły, najchętniej te, które pokazują bulwersujące przykłady patologii, ale kończą dyskusję, gdy pojawią się teksty merytoryczne, a więc nudne. Politycy i rektorzy, którzy boją się napisać to, co zraziłoby do nich ich elektorat. Akademicka obrzędowość, która przekształca dyskusje panelowe i konferencje w uroczyste, pełne kurtuazji akademie, na których występują nie mający nic do powiedzenia, albo powtarzający w kółko to samo celebryci.

 

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno zdanie z wywiadu. Rektor Pałys mówi, że „nie istnieje bezwzględna miara jakości uniwersytetu – najpierw trzeba zdefiniować rolę: czy ma prowadzić studia masowe i tym samym przeciętne, czy przeciwnie, ma formować ambitną intelektualną elitę kraju”. Uwaga ta jest bardzo ważna. Oczywiście, ta „rola” nie powinna być tak samo zdefiniowana dla wszystkich uczelni. Niestety, obecnie stosowane kryteria oceny uczelni i nauczycieli akademickich oraz przekonanie przeważającej części środowiska akademickiego, że dobry uniwersytet to uniwersytet badawczy, utrudniają dywersyfikację „rynku usług edukacyjnych”. Nawet w najbogatszych krajach nie wszystkich studentów uczą nobliści, prowadzący przełomowe badania naukowe. Nobliście trzeba dobrze zapłacić, dlatego masowe studia są obsługiwane przez dużo tańszych nauczycieli akademickich, z małym dorobkiem naukowym, ale za to często z dobrym przygotowaniem dydaktycznym. Są na świecie uniwersytety badawcze, które bardzo źle kształcą oraz uczelnie bez ambicji badawczych wypuszczające doskonałych absolwentów (patrz na przykład http://archiwum.polityka.pl/art/szkola-wyzsza-nieco-nizsza,383543.html).

 

 

 

2.04.2013
wtorek

Żart Barroso – czyli, jak to się robi w Europie

2 kwietnia 2013, wtorek,

Mało kto dziś pamieta, że przed końcem dwudziestego wieku Unia Europejska przyjęła tak zwaną Strategię Lizbońską, dzięki której Europa w 2010 roku miała wyprzedzić Stany Zjednoczone w badaniach naukowych i w technologii. Przez dobre kilka lat politycy i media snuły wizje upadającej gospodarki amerykańskiej i napawały się przyszłym triumfem nowoczesnego europejskiego przemysłu. Oprócz wizji było jednak niewiele. Można podejrzewać, że wszystko było żartem dobrze opłacanych i znudzonych urzędników Rady Europejskiej, na który opinia publiczna dała się nabrać. Jego autorzy zapewne chichotali w kuluarach słysząc szefów rządów mówiących z powagą o nadchodzących przewagach innowacyjnej Europy. Oczywiście, nikt dobrze zorientowany w tym, co się w sprawie Strategii robi, nie wierzył w jej sukces. Wątpliwości mieli chyba nawet niektórzy mniej obyci szefowie państw nowej unii, nikt jednak nie miał odwagi się do tego przyznać, by nie narazić się na opinię konserwatywnego kołtuna.

Gdy już dla wszystkich stało się jasne, że opowiadanie o Strategii Lizbońskiej nikogo nawet nie jest w stanie rozśmieszyć, pojawił się kolejny żart – EIT, wymyślony przez samego szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso. Tym razem media, po wcześniejszych doświadczeniach, z dużą powściągliwością odniosły się do pomysłu, a lokalni politycy, jeśli nie musieli, raczej unikali zachwytów nad nowymi szatami króla. Pojawiło się nawet kilka sceptycznych wypowiedzi administratorów nauki, ale były one nieliczne, bo nikt odpowiedzialny za los kierowanej przez siebie instytucji nie chciał narazić się dysponentom miliardów Euro. Chyba tylko Uniwersytet Oxfordzki odważnie skrytykował pomysł komisarza, uznając zapewne, że poradzi sobie bez wsparcia z Brukseli.

EIT – Europejski Instytut Technologiczny został wymyślony przez polityka i jest realizowany pod dyktando polityków. Nikt nie wierzy w sens ekonomiczny tego przedsięwzięcia, bo – chociaż nikt tego głośni nie powie – nikomu na nim nie zależy. Inspiracją był amerykański MIT – Massachusets Institute of Technology, jeden z symboli amerykańskiej przewagi w nauce i technologii. Jednak realizacja EIT zupełnie MIT nie przypomina. MIT – to stosunkowo nieduży uniwersytet badawczy. EIT jest organizacją rozproszoną, konsorcjum, w którym mają uczestniczyć wielkie korporacje i małe firmy oraz uczelnie i instytuty badawcze. Oczywiście muszą pochodzić z wielu krajów Unii, co budzi podejrzania, że celem EIT jest zrównoważona, politycznie poprawna integracja różnych europejskich instytucji, a nie rozwój badań i innowacje.

Zarząd EIT ma siedzibę w Budapeszcie. Nie dlatego, że z Węgier pochodzi wielu wbitnych twórców, lecz dlatego, że był to jeden z ostatnich krajów, w którym dotychczas nie było siedziby żadnej centralnej agendy Unii Europejskiej. Intelektualnymi i gospodarczymi ramionami EIT mają być Społeczności Wiedzy i Innowacji (KIC – Knowledge and Innovation Communities). Powstały już trzy, a wkrótce powstaną następne.

Jedną z pierwszych takich społeczności jest ICT LABS – KIC informatyczny. Podobnie jak wszystkie inne, ma ona przyśpieszyć innowację przez gromadzenie razem ludzi z różnych krajów, dziedzin i organizacji poprzez programy mobilnościowe i budowę centrów kolokacji (pomieszczeń, w których można się spotykać). Ma wyposażyć studentów, badaczy, akademików i biznesmenów w umiejętności korzystania z kreatywności, podejmowania ryzyka i przedsiębiorczości. Pięknie, tylko dotychczas podobne rzeczy robiły różne instytucje, konkurujące ze sobą. Teraz, zamiast konkurencji będzie zbiurokratyzowana współpraca. Poza tym lepiej, gdy cel jest bardziej mierzalny, tak aby po kilku latach można było sprawdzić, czy plany udało się zrealizować. Trudno bowiem będzie za dwadzieścia lat jednoznacznie stwierdzić, czy biznesmeni zostali wyposażeni w umiejętność podejmowania ryzyka.

Kilka lat temu rozmawiałem z kolegą, członkiem zarządu dużej instytucji, odpowiedzialnym w niej za stworzenie konsorcjum, które później wygrało konkurs na KIC. Spytałem go, czego jego instytucja oczekuje od EIT, jakich korzyści się spodziewa. Szczerość jego odpowiedzi mnie zaskoczyła, ale sama odpowiedź nie. Powiedział, że niczego specjalnego się nie spodziewają, ale „w tym trzeba być”. Od tego, czy się tam znajdą, zależeć bowiem będzie przychylność polityków i urzędników rozdzielających dotacje. Gdy trzy lata później spytałem go o efekty, dowiedziałem się, że 80% funduszy przeznaczanych jest na administrację i reklamę, a tylko 20% na badania, kształcenie i innowacje. Dla firmy pojawiły się jednak także pozytywne rezultaty. Rząd RFN obiecał niemieckim członkom KIC dofinansowanie, firma spodziewa się więc, że zrobią tak także rządy innych krajów, których instytucje wchodzą w skład konsorcjum. Odniesiono też jeden wymierny sukces, o którym słyszałem wielokrotnie, oficjalnie i w kuluarach, na kilku spotkaniach w kilku europejskich miastach. Udało się przeznaczyć jedno piętro w budynku Politechniki Berlińskiej na centrum kolokacji.

25.03.2013
poniedziałek

Mission Bay – czyli jak to robią kapitaliści

25 marca 2013, poniedziałek,

 

Uniwersytet Kalifornijski to nie jedna uczelnia, lecz system składający się z 10 uniwersytetów. Każdy z nich ma swój budżet, własny majątek, swoich studentów oraz swoje władze. Każdy jest oddzielnie oceniany w rankingach. Uniwersytet Kalifornijski w San Francisco (UCSF) jest najmniejszą uczelnią w systemie, nie ma nawet pięciu tysięcy studentów i zajmuje 18. miejsce w rankingu szanghajskim. Od ponad trzydziestu lat dusił się na Wzgórzach Parnasu (Parnassus Heights), zajmując niecałe 19 hektarów, bez możliwości rozwoju. Na południowy zachód od centrum San Francisco, nad zatoką, rozciągały się spore tereny przemysłowe zniszczone w 1989 roku przez trzęsienie ziemi. Bruce Spaulding, kanclerz UCSF usiłował odkupić fragment tego terenu od prywatnego właściciela – Catellus Development. Niestety, żądana cena (200 milionów dolarów) była dla uniwersytetu nie do przyjęcia. W rezultacie przez następne lata uniwersytet nadal dusił się z braku miejsca, a właściciel zniszczonego terenu nie potrafi nikogo zachęcić do kupna gruzu i błota, czyli tego, co zostało z portu i wielkiej stacji przeładunkowej.

 

W 1996 roku burmistrzem San Francisco został Willie Brown, pierwszy czarny burmistrz tego miasta, wcześniej zmienił się także prezes Catellusa. Z ich pomocą Spauling założył spółkę pożytku publicznego – coś pośredniego pomiędzy thinktankiem, fundacją i spółką z o.o. – która, po kilku latach pracy, w 1998 roku, stworzyła projekt – Mission Bay – zagospodarowania ponad 120 hektarów terenów poprzemysłowych. Pomysł był prosty. Trzeba podnieść wartość wielohektarowego gruzowiska, a to może zrobić obecność instytucji, która przyciągnie kapitał. Tym magnesem miał być uniwersytet, który dostał bezpłatnie ponad 17 hektarów. Na pozostałej części wydzielono sporo miejsca na kliniki i laboratoria dla firm farmaceutycznych, biotechnologicznych oraz produkujących sprzęt medyczny. I udało się.

 

Budowa pierwszych uniwersyteckich budynków ruszyła w1999 roku. Pieniądze na sale wykładowe i laboratoria nie pochodziły z publicznej dotacji. Na Genentech Hall, pierwszy ukończony w 2003 roku gmach, uniwersytet wydał 100 milionów dolarów, czyli połowę z dwustu milionów przekazanych – może nie całkiem za darmo – przez biotechnologiczną firmę Genentech. Nie wiem jaka była całkowita suma darowizn otrzymanych przez uniwersytet, ale w 1998 roku uniwersytet obdarowano kwotą prawie czterystu milionów dolarów. Do tej pory za prywatne pieniądze wybudowano już 10 budynków badawczych i dydaktycznych, cztery duże akademiki oraz wielopiętrowy parking. Z okien uniwersyteckich budynków widać wykańczane budynki klinik.

 

Dla mnie najciekawszym miejscem nowego kampusu jest Byers Hall, w którym wydzielono kilkaset metrów kwadratowych na QB3 Garage, miejsce dla młodych profesorów, stażystów i doktorantów, wierzących, że odkryli coś, na czym można dobrze zarobić. W „garażu” mogą wynająć kilka metrów kwadratowych, w długim, szerokim na trzy metry dobrze wyposażonym korytarzu, kupić możliwość skorzystania z drogiej aparatury, płacąc za czas w którym z niej korzystają, i co najważniejsze, skorzystać z możliwości kontaktu z prawnikami, bankami i doradcami biznesowymi. Cena którą płacą za metr kwadratowy korytarza jest wysoka, ale cały innowacyjny ekosystem powoduje, że dużo łatwiej tu o sukces. Ponadto, w odróżnieniu od młodych informatyków zakładających firmy w niezbyt odległej Dolinie Krzemowej, młody biotechnolog musi czasem skorzystać z bardzo drogiej aparatury: analizatora DNA, spektrometru masowego, czy spektroskopu magnetycznego rezonansu jądrowego.

 

Parki technologiczne i centra innowacji powstają także w Europie. Ekosystem w Mission Bay różni się od europejskiego tym, że został zbudowany za pieniądze prywatnych firm, które liczą na zyski. Jednym z udziałowców sieci „garaży” w rejonie San Francisco jest Alexandria Real Estate Equities (ARE) – notowana na nowojorskiej giełdzie firma budująca laboratoria i wynajmująca powierzchnie laboratoryjne. ARE nie wydaje pieniędzy. ARE inwestuje, wierzy, że nieźle na tym zarobi. Udany start-up oznacza bowiem pojawienie się nowego bogatego klienta. Warunki które stworzono, muszą maksymalizować szansę na sukces. Ważne jest sąsiedztwo laboratoriów i klinik UCSF, uniwersytetu zajmującego w rankingu szanghajskim w naukach medycznych i farmaceutycznych drugie, a w naukach o życiu – trzecie miejsce. Ambitni, zdolni i pracowici młodzi ludzie wykorzystują szansę. Od chwili powstania „garażu” wyszło z niego już ponad 80 firm.

 

Jest jeszcze jedna, dla mnie szokująca, różnica pomiędzy „garażem” a podobnymi instytucjami w Europie – wolność od biurokracji. Gdy półtora roku temu Douglas Crawford, zarządzający wraz Regisem Kellym funduszem wysokiego ryzyka „Mission Bay Capital” i główny twórca „garażu”, oprowadzał mnie po swoich włościach, dziwił mnie niemal całkowity brak urzędników. Całe wielomilionowe przedsięwzięcie miało zaledwie dwie sekretarki, a tłumu wynalazców nie obsługiwał nikt. W Europie, podobna instytucja, oczywiście finansowana z funduszy publicznych, zatrudniałaby co najmniej setkę urzędników.

 

Zgodnie z oczekiwaniami udziałowców, którzy ofiarowali uniwersytetowi kawałek swojego terenu, wokół uniwersytetu pojawiło się życie. Wartość gruzowiska zwiększyła się wielokrotnie. Firmy farmaceutyczne, biotechnologiczne i produkujące sprzęt medyczny słono płacą za wynajęcie terenu lub powierzchni biurowej i laboratoryjnej w kilku ogromnych budynkach. FibroGen postawił gmach o powierzchni użytkowej ponad 42 tysiące metrów kwadratowych. W budynku zbudowanym przez właścicieli terenu powierzchnię laboratoryjną wynajął Pfizer, największa na świecie firma farmaceutyczna, obok niej Bayer i Nectar Terapeutics (14.5 tys. m2). To generuje zapotrzebowanie na apartamentowce. Ambitni młodzi uczeni i biznesmeni chcą mieszkać w pobliżu laboratoriów, żeby nie marnować czasu na dojazdy.

 

Na początku XXI wieku właściciele gruzowiska planowali, że po dwudziestu latach całe 120 hektarów zostanie sprzedane lub wynajęte. Rzeczywistość znacznie przerosła ich oczekiwania. Po niecałych czterech latach zabrakło miejsca. Kilka lat temu, w środku kryzysu spowodowanego upadkiem banku Lehman Brothers, udziałowcy zaczęli myśleć o zasypaniu części zatoki, która przy Mission Bay jest bardzo płytka. Wierzą, że to się opłaci. Zapotrzebowanie na nowe leki, na nowe metody diagnostyczne jest ogromne. Szacuje się, że sama choroba Alzheimera może kosztować społeczeństwo amerykańskie setki miliardów dolarów. A poza tym przykład leżącej kilkadziesiąt kilometrów na południe od San Francisco Doliny Krzemowej działa zachęcająco. Informatykom się udało, to i medykom musi się udać.

 

16.12.2012
niedziela

Dużo, ale byle jak?

16 grudnia 2012, niedziela,

Ilekroć pojawia się nowy ranking uczelni wyższych – a zdarza się to co kilka miesięcy – dowiadujemy się, że nie jest w Polsce tak dobrze, jak byśmy chcieli. Na pierwsze strony gazet trafia wtedy lament nad upadkiem polskiej nauki i niskim poziomem kształcenia na polskich uczelniach. Uczestnicy internetowych forów walą w pracujących na uczelniach darmozjadów, a profesura broni się wskazując na brak rządowego wsparcia dla polskiej nauki i finansową mizerię uniwersytetów.

 

Kolejny ranking, tym razem nie uczelni lecz państw, przynosi listopadowy numer Świata Nauki w dwustronicowej notce Kraje najlepsze w nauce. to uporządkowane listy najlepszych dwudziestu pięciu państw w czterech kategoriach: liczba prac opublikowanych w czołowych czasopismach, liczba patentów, nakłady na badania i liczba doktoratów nadanych w naukach technicznych i ścisłych.

 

W zasadzie nie ma zaskoczeń. W rankingu państw, w których powstało najwięcej wartościowych prac, na pierwszym miejscu są Stany Zjednoczone, potem Niemcy i Chiny. Wysoka pozycja Chin nie dziwi, bo ranking bierze pod uwagę całkowitą liczbę publikacji, a nie liczbę publikacji na mieszkańca, czyli preferuje państwa duże. Oprócz Chin na liście można więc na 14. miejscu znaleźć Indie. Polska (38,5 miliona mieszkańców) nie mieści się w gronie dwudziestu pięciu gigantów. Zmieściło się natomiast kilka państw wyraźnie mniejszych od Polski – na 11. miejscu Szwajcaria, z ludnością poniżej 8 milionów, na szesnastym miejscu Izrael z taką samą liczba obywateli, tuż za nim malutki Singapur – z ludnością nieco ponad 5 milionów, a niżej równie mała Dania. Wśród 25 liderów jest 8 państw, których ludność nie liczy nawet 10 milionów, a ponad połowa jest znacząco mniejsza od Polski.

Drugi ranking pod wzgledem liczby patentów jest bardzo podobny. Są, w porównaiu z pierwszym, pewne drobne, ale groźne dla Europy różnice. Lepiej plasują się w nim państwa Dalekiego Wschodu: Korea Południowa – o 5 miejsc i Tajwan – o 10 miejsc wyżej. Wśród liderów nie zmieściły się Rosja i Brazylia, które znajdowały się na poprzedniej liście. Polski – co nie zaskakuje – też nie ma.

Trzecia lista zawiera 25 państw, które na badania i rozwój wydają najwięcej. Pod uwagę bierze się nie procent PKB i nie wydatki na głowę mieszkańca, lecz całkowitą kwotę przeznaczaną na badania. Zanim listę skomentuję, muszę wyjaśnić, że Świat Nauki jest polskojęzyczną wersją miesięcznika Scientific American i prawie wszystkie drukowane w nim artykuły, w tym także tekst o rankingach, tłumaczeniami. Nie jest to więc tekst zamówiony przez polski rząd. Ponadto wysokość wydatków na badania, w odróżnieniu od szczegółów pierwszego rankingu, można łatwo sprawdzić na stronie OECD.

 

Wśród krajów wydających najwięcej na badania nie ma kilku państw, które mogą poszczycić się sukcesami w nauce i rozwijaniu technologii. Nie ma Tajwanu, który jest na piątym miejscu na liście krajów o największej liczbie patentów, nie ma Indii, Singapuru i Hongkongu. Mimo, że nie wydają dużo, osiągają dobre wyniki. Pojawia się za to kilka państw, które nie przodują w liczbie publikacji i patentów: na szesnastym miejscu jest Turcja, na 21. Meksyk, a za nim – na 22. miejscu – Polska.

 

W ostatniej tabeli opisującej liczbę doktoratów przyznanych w 2008 roku jest siedem państw, których nie ma na pierwszych dwóch listach. Wśród nich najwyżej, na trzynastym miejscu w świecie jest Polska.

 

I co z tego rankingu wynika? Wielu dziennikarzy i niewielka część środowiska naukowego twierdzi, że Polska nauka i technologia nie rozwijają się najlepiej. Profesorowie uważają, że nasza niska pozycja jest wynikiem krzywdzącego nas anglocentryzmu oraz niedoceniania przez zagraniczne ośrodki naszej humanistyki i nauk społecznych. Jednak cały tekst w Świecie Nauki poświęcony jest naukom ścisłym i technicznym, więc ten argument odpada. Odpada też sztandarowy argument uczonych, że przyczyną mizernej kondycji uniwersytetów, jest niechęć elit politycznych do nauki, czego skutkiem są skandalicznie niskie nakłady na badania. A jak widać finansowanie nauki jest w Polsce lepsze niż nasza pozycja w rankingach.

 

Dobrze byłoby wiedzieć, jakie są prawdziwe przyczyny naszej słabości. Jeśli postawimy rzetelną diagnozę, będzie można myśleć o terapii. Jeśli jednak nie dowiemy się, co nam dolega, pieniądze wydane na drogie lekarstwa zostaną zmarnowane. Pewne sugestie na temat źródeł problemów podpowiada wysoka pozycja Polski, jeśli chodzi o liczbę przyznanych doktoratów. Może z nauką jest tak, jak z wyższą edukacją – dużo, ale byle jak.

 

 

17.11.2012
sobota

Diamenty na węgiel

17 listopada 2012, sobota,

Powoli zbliżam się do emerytury i nie powinno mieć dla mnie znaczenia, jaka będzie przyszłość polskich uniwersytetów. Nawet, jeśli poprawa ich kondycji będzie bardzo szybka, ja już z niej nie zdążę skorzystać. Mam jednak dzieci i wnuki. W Polsce, a także za granicą, na uczelniach i w firmach pracują moi uczniowie, uczniowie moich uczniów oraz ich uczniowie. Czuję się odpowiedzialny za ich los.

Gdy zastanawiam się, jakiej rady powinienem udzielić młodym, zdolnym i ambitnym ludziom planującym karierę badawczą, to jedyną uczciwą odpowiedzią, która przychodzi mi do głowy, jest – wyjeżdżaj za granicę. Jeśli możesz, to do dobrego ośrodka. Ale jeśli nie dostaniesz się ani do Stanfordu, ani do MIT, ani do Cambridge, jedź do Kopenhagi, Buffalo, lub Mediolanu. Nawet, jeśli trafisz do prowincjonalnego uniwersytetu na Zachodzie, będziesz miał szansę osiągnąć sukces. Nie chcę jednak do tego zachęcać. Nie chciałbym, żeby tu, w mojej ojczyźnie, powstała intelektualna pustynia.

Od kilkunastu lat polska gospodarka nieźle się rozwija. Powstają polskie firmy, międzynarodowe korporacje zakładają w Polsce swoje oddziały. W biznesie jest sporo wspaniałych ludzi, powoli tworzy się polski kapitał. Wiele, nawet małych, firm rozumie, że trzeba inwestować w przyszłość, że trzeba budować technologie, które może za kilka lat uda się sprzedać. Gospodarka potrzebuje wiedzy i talentów. Niestety, zagraniczny inwestor, a często nawet krajowy biznesmen, nie szuka ich w Polsce, lecz tam, gdzie uniwersytety są lepsze. Do nas przychodzi po tanią siłę roboczą. A przecież mamy zdolną i ambitną młodzież.

Jesienią 2005 roku rozmawiałem we Wrocławiu z Edwardem Lukasem, dziennikarzem Economista, który przyleciał do Polski z zamiarem napisania eseju o stanie polskich uniwersytetów. Z tego planu nic nie wyszło, gdyż PiS wygrało wybory i Economist zajął się tematem ich zdaniem ważniejszym – zmianami politycznymi w Polsce. W trakcie rozmowy padło zdanie: „Polish Universities are turning diamonds into coal”. Od tej rozmowy minęło prawie 7 lat. W tym czasie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego wprowadziło odważne reformy, w szkoły wyższe i instytuty badawcze wpompowano miliardy Euro funduszy strukturalnych, uczelnie kształcą w coraz bardziej luksusowych audytoriach, są laboratoria, gdzie jest więcej drogiej aparatury, niż chętnych do jej używania. I nadal przerabiamy diamenty na węgiel. Chyba wiem dlaczego i chyba wiem, co trzeba zmienić. Wiem też, że nie będzie to łatwe, bo profesura jest na ogół zadowolona, a politycy patrzą w słupki i boją się akademickiej elokwencji. No i nie wierzą, że ludzie dobrze wykształceni mogą zbudować lepszą przyszłość.

Zamierzam pisać o tym, co – moim zdaniem – w naszym systemie nie działa i dlaczego. Mizeria uniwersytetów nie wynika bowiem ani z lenistwa kadry akademickiej, ani z tępoty studentów – podobnie jak zerowa efektywność rolniczych spółdzielni produkcyjnych za czasów komuny nie wynikała z lenistwa rolników. Dlatego nie będę pisał o plagiatach, nie one są bowiem głównym problemem szkół wyższych – podobnie jak 30 lat temu, niewątpliwie naganna, kradzież pegeerowskiego zboża dla prywatnych kur nie była źródłem pustych półek w sklepach.